poniedziałek, 22 października 2012

Rodzinnie



Następnego dnia pojechałam do pracy , jeszcze wszystko było normalnie,kolejny dzień zapowiadał się tak samo. Ale tylko zapowiadał. Około 10 rano chwyciły mnie bóle, od razu bardzo silne. Trochę spanikowałam , nie pomyślałam ,żeby policzyć co ile minut i spróbować je zlokalizować . Postanowiłam wracać do domu. Jak na złość nie było mojej szefowej , ani nikogo z dyrekcji szkoły. Zadzwoniłam do poradni dziecięcej , gdzie pracowałam latem z prośbą ,żeby koleżanki przekazały informację szefowej ,że się źle poczułam i jadę do lekarza. Domyśliły się od razu ,że już mnie w pracy prędko nie będzie . Po powrocie kilka godzin spędziłam w domu , bóle się nasilały i przed 15.00 poprosiłam męża , żeby poszedł po karetkę . Na szczęście Ka miał wolne po nocce i był na miejscu. Inaczej musiałabym sama dotrzeć do szpitala. Daleko nie miałam jak to w małym mieście i pewnie dałabym sobie radę bez męża i bez karetki. Telefonu jeszcze wtedy nie mieliśmy ,a w bloku był tylko jeden i pewnie jeszcze ze 3 może 4 na całym osiedlu. Żeby wezwać lekarza , milicję czy powiadomić kogoś np. o śmierci w rodzinie sąsiedzi użyczali sobie nawzajem albo po prostu szło się na pocztę i zamawiało rozmowy. Pogotowie miało swoją siedzibę na sąsiedniej ulicy jakieś 150m od naszego bloku. Karetka przyjechała bardzo szybko. Mały przyszedł na świat o 17.10.Szybko jak na pierwszy raz i niemal co do dnia według mojego wyliczenia - mnie wychodził 4 listopada , a nie 27 jak lekarzowi. Pani doktor – nie lubiana przez kobiety za pewną szorstkość w sposobie bycia poganiała mnie żartobliwie, bo sąsiadka zza parawanu nie zdąży. Ja ją polubiłam ; jakoś tak bezpiecznie się przy niej poczułam . Przez tę swoją szorstkość emanowała jakąś przyjazną energią i życzliwością. Tego dnia i następnego chłopaki pchały się na świat jeden za drugim. Wszystkich razem urodziło się 11 i tylko jedna dziewczynka . Zwiastowało to jakąś wojnę , jeśli wierzyć różnym „Mądrym”. Nam przeciętnym śmiertelnikom w prowincjonalnym mieście nie śniło się nawet jak bliskie były prawdy te wieszczenia . Położne przynosiły dzieci od razu i układały maleństwa w łóżeczkach stojących obok łóżek mam. Wbrew powszechnie wtedy przyjętemu zwyczajowi w naszym szpitalu maluchami opiekowały się mamy a położne jedynie uczyły i pomagały . Szpital już wtedy cieszył się wzięciem i przyjeżdżały do nas rodzić kobiety nawet z Poznania i Konina. Nasz mały był śliczny , wcale nie wyglądał jak większość noworodków, nie był pomarszczony , miał delikatną, różową skórę i bujne czarne włoski układające mu się w zabawną tonsurkę . Nie miał też ochoty spać jak inne noworodki .Przyczyną był tlen , który mu podawano przez kilkanaście minut , zaraz po porodzie, bo pani doktor orzekła ,że ja słabo oddychałam rodząc i mały może mieć lekkie niedotlenienie. W każdym razie nie spał tyle co jego koledzy. Rozglądał się tylko i poruszał rączkami. Byłam mocno obolała , ale nie pozwoliłam zajmować się nim położnym. Sama go karmiłam ,kąpałam i przewijałam . Nawet specjalnie nie musiały mnie położne tego uczyć. W studium mieliśmy zajęcia również z opieki nad niemowlętami a ja się do tych zajęć przykładałam i w dodatku je lubiłam. I znowu jadłam , jeszcze więcej niż w ciąży. Wciąż miałam ochotę na biały ser . Kiedy go podali na śniadanie w szpitalu był okropnie kwaśny; wiadomo czasy były ciężkie , jaki intendentce udało się kupić taki nam kuchnia podała . Większość kobiet zrezygnowała ze zjedzenia , ja zjadłam całą porcję, po prostu musiałam . Do domu wypisali nas w następny poniedziałek . Przyszły po nas do szpitala obie babcie. Ka miał dyżur w dzień a jego szef nie chciał słyszeć o tym ,żeby go na kilka godzin zwolnić , co oczywiście wywołało kolejną awanturę , bo mojej matce nie mieściło się w głowie, że zwyczajnie szef odmówił udzielenia wolnego pracownikowi, który dopiero co zaczął pracę , wbiła sobie do głowy, że specjalnie , że dziecko i ja go nie obchodzimy . Rzeczy oczywistej do wiadomości przyjąć nie chciała. Mały zobaczył tatę dopiero popołudniu. Odwiedziny na oddziale nawet tylko przez ojców były surowo zakazane w tamtym czasie i nawet tak nowatorsko funkcjonujący oddział jak u nas nie mógł sobie na to pozwolić. Nowatorsko jak na rok 1981 oczywiście. Sanepid nie pozwalał i już. W wieczór kiedy mały przyszedł na świat tata i dziadek wspólnie opili sobie jego narodziny butelką brandy , zdobyczną i specjalnie na taką okazję przechowywaną. Ka z emocji, dzwoniąc do szpitala podał moje panieńskie nazwisko . Słyszałam jakiej reprymendy udzieliła mu pani doktor, która odbierała małego, bo akurat leżałam na sali na wprost dyżurki . Pękałam ze śmiechu , a ze mną trzy inne mamy. Pani doktor przyszła po chwili ,żeby mnie powiedzieć ,że tata poinformowany i szczęśliwy i żartowała,że bardziej przejęty niż ja . Przyjście na świat wnuka dziadek opił po raz drugi dnia następnego wspólnie z kolegą z pracy , któremu tej samej nocy urodził się syn i to był jeden z nielicznych przypadków kiedy mój ojciec pozwolił sobie zaszaleć

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz