Następnego dnia
pojechałam do pracy , jeszcze wszystko było normalnie,kolejny
dzień zapowiadał się tak samo. Ale tylko zapowiadał. Około 10
rano chwyciły mnie bóle, od razu bardzo silne. Trochę
spanikowałam , nie pomyślałam ,żeby policzyć co ile minut i
spróbować je zlokalizować . Postanowiłam wracać do domu. Jak na
złość nie było mojej szefowej , ani nikogo z dyrekcji szkoły.
Zadzwoniłam do poradni dziecięcej , gdzie pracowałam latem z
prośbą ,żeby koleżanki przekazały informację szefowej ,że się
źle poczułam i jadę do lekarza. Domyśliły się od razu ,że już
mnie w pracy prędko nie będzie . Po powrocie kilka godzin spędziłam
w domu , bóle się nasilały i przed 15.00 poprosiłam męża ,
żeby poszedł po karetkę . Na szczęście Ka miał wolne po nocce i
był na miejscu. Inaczej musiałabym sama dotrzeć do szpitala.
Daleko nie miałam jak to w małym mieście i pewnie dałabym sobie
radę bez męża i bez karetki. Telefonu jeszcze wtedy nie mieliśmy
,a w bloku był tylko jeden i pewnie jeszcze ze 3 może 4 na całym
osiedlu. Żeby wezwać lekarza , milicję czy powiadomić kogoś np.
o śmierci w rodzinie sąsiedzi użyczali sobie nawzajem albo po
prostu szło się na pocztę i zamawiało rozmowy. Pogotowie miało
swoją siedzibę na sąsiedniej ulicy jakieś 150m od naszego bloku.
Karetka przyjechała bardzo szybko. Mały przyszedł na świat o
17.10.Szybko jak na pierwszy raz i niemal co do dnia według mojego
wyliczenia - mnie wychodził 4 listopada , a nie 27 jak lekarzowi.
Pani doktor – nie lubiana przez kobiety za pewną szorstkość w
sposobie bycia poganiała mnie żartobliwie, bo sąsiadka zza
parawanu nie zdąży. Ja ją polubiłam ; jakoś tak bezpiecznie się
przy niej poczułam . Przez tę swoją szorstkość emanowała jakąś
przyjazną energią i życzliwością. Tego dnia i następnego
chłopaki pchały się na świat jeden za drugim. Wszystkich razem
urodziło się 11 i tylko jedna dziewczynka . Zwiastowało to jakąś
wojnę , jeśli wierzyć różnym „Mądrym”. Nam przeciętnym
śmiertelnikom w prowincjonalnym mieście nie śniło się nawet jak
bliskie były prawdy te wieszczenia . Położne przynosiły dzieci
od razu i układały maleństwa w łóżeczkach stojących obok
łóżek mam. Wbrew powszechnie wtedy przyjętemu zwyczajowi w naszym
szpitalu maluchami opiekowały się mamy a położne jedynie uczyły
i pomagały . Szpital już wtedy cieszył się wzięciem i
przyjeżdżały do nas rodzić kobiety nawet z Poznania i Konina.
Nasz mały był śliczny , wcale nie wyglądał jak większość
noworodków, nie był pomarszczony , miał delikatną, różową
skórę i bujne czarne włoski układające mu się w zabawną
tonsurkę . Nie miał też ochoty spać jak inne noworodki .Przyczyną
był tlen , który mu podawano przez kilkanaście minut , zaraz po
porodzie, bo pani doktor orzekła ,że ja słabo oddychałam rodząc
i mały może mieć lekkie niedotlenienie. W każdym razie nie spał
tyle co jego koledzy. Rozglądał się tylko i poruszał rączkami.
Byłam mocno obolała , ale nie pozwoliłam zajmować się nim
położnym. Sama go karmiłam ,kąpałam i przewijałam . Nawet
specjalnie nie musiały mnie położne tego uczyć. W studium
mieliśmy zajęcia również z opieki nad niemowlętami a ja się do
tych zajęć przykładałam i w dodatku je lubiłam. I znowu jadłam
, jeszcze więcej niż w ciąży. Wciąż miałam ochotę na biały
ser . Kiedy go podali na śniadanie w szpitalu był okropnie kwaśny;
wiadomo czasy były ciężkie , jaki intendentce udało się kupić
taki nam kuchnia podała . Większość kobiet zrezygnowała ze
zjedzenia , ja zjadłam całą porcję, po prostu musiałam . Do
domu wypisali nas w następny poniedziałek . Przyszły po nas do
szpitala obie babcie. Ka miał dyżur w dzień a jego szef nie chciał
słyszeć o tym ,żeby go na kilka godzin zwolnić , co oczywiście
wywołało kolejną awanturę , bo mojej matce nie mieściło się w
głowie, że zwyczajnie szef odmówił udzielenia wolnego
pracownikowi, który dopiero co zaczął pracę , wbiła sobie do
głowy, że specjalnie , że dziecko i ja go nie obchodzimy . Rzeczy
oczywistej do wiadomości przyjąć nie chciała. Mały zobaczył
tatę dopiero popołudniu. Odwiedziny na oddziale nawet tylko przez
ojców były surowo zakazane w tamtym czasie i nawet tak nowatorsko
funkcjonujący oddział jak u nas nie mógł sobie na to pozwolić.
Nowatorsko jak na rok 1981 oczywiście. Sanepid nie pozwalał i już.
W wieczór kiedy mały przyszedł na świat tata i dziadek wspólnie
opili sobie jego narodziny butelką brandy , zdobyczną i specjalnie
na taką okazję przechowywaną. Ka z emocji, dzwoniąc do szpitala
podał moje panieńskie nazwisko . Słyszałam jakiej reprymendy
udzieliła mu pani doktor, która odbierała małego, bo akurat
leżałam na sali na wprost dyżurki . Pękałam ze śmiechu , a ze
mną trzy inne mamy. Pani doktor przyszła po chwili ,żeby mnie
powiedzieć ,że tata poinformowany i szczęśliwy i żartowała,że
bardziej przejęty niż ja . Przyjście na świat wnuka dziadek opił
po raz drugi dnia następnego wspólnie z kolegą z pracy , któremu
tej samej nocy urodził się syn i to był jeden z nielicznych
przypadków kiedy mój ojciec pozwolił sobie zaszaleć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz