piątek, 31 sierpnia 2012

100 dni


Wypełniła nauka, powtarzanie materiałów i plany na przyszłość. Klasa wydawała się bardziej zgrana niż dotychczas , łatwiej dogadywaliśmy się w sprawach klasowych imprez i pomysłów. Tak było z obchodami Dnia Młodzieży i spontanicznej organizacji „herbatki „ . Takie klasowe herbatki urządzaliśmy dość często i z różnych okazji. Nie pamiętam z jakiej wypadła ta ostatnia , krótko przed końcem roku . Polegało to na tym ,że zwykle na godzinie wychowawczej lub kawałku lekcji j. Polskiego parzyliśmy herbatę , i ze zrzutki kupowaliśmy po dwa pączki . Potem jeśli to były jakieś imieniny składaliśmy życzenia, jeśli inna okazja to z reguły ktoś coś na ten temat krótko powiedział i przystępowaliśmy do konsumpcji. Przy okazji organizacji tej ostatniej , kiedy wspomnieliśmy o tym wychowawcy ,zażartował ,ze owszem pączki i herbatka mogą być , po czym dodał : herbatka z rumem. Dwa razy nam nie musiał powtarzać . Jak tylko wyszedł z klasy jeden z chłopaków wpadł na pomysł hasło,żeby mu tę herbatę z rumem zafundować. Natychmiast pomysł wprowadziliśmy w życie. Szybka zrzutka ile kto miał i na butelkę rumu wystarczyło . Na szczęście ten bardziej wyszukany alkohol za jaki wtedy uchodził rum o nazwie „Seniorita” był jeszcze w sklepach monopolowych osiągalny. Następnego dnia przed lekcją polskiego na biurku wychowawcy postawiliśmy talerzyk z pączkami i szklankę pachnącej rumem herbaty z przewagą rumu oczywiście , bo profesorowi nie żałowaliśmy . Sobie wlaliśmy do szklanek po łyku trunku tak dla fasonu i dla pewności pootwieraliśmy okna żeby zapach szybciej się ulotnił. Alkohol w szkole to było przestępstwo ; poważne przestępstwo , choć wszyscy mieliśmy już po 18 lat. Profesor skosztował pączków i herbaty i na chwilę zaniemówił. Po paru sekundach jednak wybuchnął śmiechem : „ Z rumem ! Mogłem się tego spodziewać ! Chcecie żeby mnie szef z roboty wywalił? „ - powiedział , ale żart uznał za udany, herbatę wypił i tylko na koniec poprosił ,żebyśmy o tym nie rozpowiadali. Do matury tajemnicy dotrzymaliśmy .
W ostatnim roku naszego pobytu w liceum wymyślony przez rok starszą
klasę I Va Dzień Młodzieży stał się świętem szkolnym obchodzonym przez kolejne lata. Nie wiem czy dziś po blisko 35 latach nadal się go obchodzi czy odszedł do historii podobnie jak urządzane w klasach studniówki. Tamtego roku z okazji pierwszego dnia wiosny i imienin dyrektora ogłoszono ,że będzie odbywał się w szkole . Program przewidywał różne konkursy , zawody sportowe , na koniec dnia dyskotekę , jakieś występy szkolnych kabaretów i zespołów. Najważniejszy jednak miał być konkurs na najlepiej przebraną klasę . Przebrania miały być spójne i coś obrazować. Każda klasa miała wkroczyć w określonej kolejności na salę gimnastyczną – odpowiednio efektownie ,żeby zaprezentować się jurorom złożonym z grona profesorskiego i przewodniczących klas.
Dłuższy czas dyskutowaliśmy co z tym zrobić zwłaszcza,ze kilka dziewczyn w ogóle nie chciało brać w tym udziału twierdząc,że się nie będzie wygłupiać. Wychowawca zapowiedział jednak ,że nie można nie przyjść pod groźbą obniżenia zachowania. Nie miały wyjścia, przystosować się musiały. Dwa dni przed imprezą nadal nie było porozumienia co do przebrania. Ostatniego dnia zadecydowała za nas koleżanka E. Wyjęła z torby dwa prześcieradła i gruby sznur kilka agrafek oraz świecę , obwinęła się w prześcieradła , coś pozapinała, coś przewiązała i za chwilę stał przed nami mnich w białym habicie .Zapowiedziała ,że na salę wchodzimy rządkiem z zapalonymi świecami śpiewając Bogurodzicę , bo to pasuje do mnisiego pochodu. Ja natychmiast temat podchwyciłam , wraz ze mną D i chłopaki. Stanęło na naszym. Co do śpiewu daliśmy tylko każdemu wolną rękę , bo to dla przeciętnego śmiertelnika nie wykonalne . Kazaliśmy mruczeć pod nosem byle żałobnie. W dniu imprezy lekcje były skrócone – miały się zakończyć około 11.00 . Do klas wchodziliśmy w przebraniach . Nawet Luta – groźna profesorka od matematyki nie mogła powstrzymać nikłego uśmiechu na widok mnichów w trampkach ( te trampki to po to, żeby wejść na salę gimnastyczną , bo tylko takie obuwie było dopuszczalne) . Do sali gimnastycznej wchodziliśmy w jakiejś ustalonej przez porządkowych kolejności . Większość robiła to z hukiem , głośno ; ze śpiewem lub wykorzystaniem instrumentów muzycznych . Był obóz cygański, krasnoludki , trzy dwory Klaudiusza , bo akurat pierwszy raz wyemitowano w tv serial „Ja Klaudiusz „ więc temat był na czasie, jacyś piraci – wszyscy głośni i kolorowi. Kiedy przyszła nasza kolej ustawiliśmy się w rzędzie z zapalonymi świecami , po czym zapadła cisza . Na znak dany przez E, mnisi pochód ruszył do sali mrucząc coś żałobie pod nosem każdy sobie. To mruczenie odbite echem kilkumetrowej wysokości sali , całkiem udanie zaimitowało chorał gregoriański . Jurorzy i młodzież która wcześniej weszła na salę zamilkła z wrażenia. Okrążyliśmy salę dookoła , następnie zawróciliśmy przed jury , przed którym na chwilę się zatrzymaliśmy po czym podnosząc w górę oczy i ręce wydeklamowaliśmy chórem łacińskie „ memento mori” i skierowaliśmy się na swoje miejsce. Już samo to wystarczyło,żeby jury wyło ze śmiechu a kiedy jeszcze spojrzeli na plecy kolegi zamykającego pochód – najwyższego w klasie , w przykrótkim habicie , któremu pozostali koledzy przypięli do pleców kartonową tabliczkę z napisem „Rasputin love machine” wrzawie, brawom i salwom śmiechu nie było końca. Konkurs wygraliśmy . Czterokilogramowa torba cukierków trafiła w nasze ręce.
Dzień młodzieży minął , a potem na ładnych kilkanaście lat wpisał się w tradycje szkoły. Dla nas czwartokasistów nastal czas podejmowania decyzji i intensywnej nauki. Złożyłam papiery do Madycznego Studium Zawodowego . Najpierw jeszcze w lutym na protetykę stomatologiczną , ale po chyba dwóch tygodniach papiery mi odesłano – zamknięto ten kierunek. Musiałam szybko zdecydować się na coś innego. Wybór padł również na policealne studium medyczne , ale na kierunek higiena szkolna . Również w Poznaniu.
Wielkiego wyboru nie miałam , ale przynajmniej nauka trwała tam rok. Znaczyło to ,ze szybko się usamodzielnię i skończę w tym samym czasie co Ka .
W czasie składania papierów do szkół policealnych i na studia , my kronikarki
rzuciłyśmy pomysł ,żeby w klasowej kronice każdy zrobił wpis , na pół strony o swoich planach , marzeniach , o tym jakie widzi dla siebie miejsce w dorosłym życiu. Wtedy po raz pierwszy wspomniałam ,że chciałabym mieć własną działalność i żeby ludzie wymieniając moje nazwisko mówili ,że to solidna firma . Wiązałam te plany z wybranym kierunkiem nauki , choć tak naprawdę zdawałam sobie sprawę ,że w rzeczywistości w jakiej żyliśmy wyląduję na państwowej posadzie protetyka w jakimś zozie . Los zagrał z nami
przewrotnie i długo na spełnienie marzeń kazał nam czekać . Mamy firmę , formalnie zarejestrowaną na męża , w branży odległej od moich zainteresowań
i wykształcenia o lata świetlne a gdy chodzi o Ka to sprawił ,że wybór na przeczekanie stał się podstawą egzystencji . I tylko ludzie wymieniając nazwę czy nasze nazwisko dodają, że to solidna firma.
Ostatnie 100 dni przed maturą mijały .Czas wypełnia nam nauka, powtórki , czytanie książek i opracowań , pisanie ściąg. Niby to nieuczciwe i zabronione na egzaminach , ale skrobanie tych karteluszek z wiadomościami utrwalało naszą wiedzę. Odreagowywaliśmy słuchając muzyki i włócząc się po mieście.
Ja nadal spotykałam się z Ka . Rzadziej teraz , bo dojeżdżał do szkoły w Poznaniu . Jeszcze o tym nie mówiliśmy wprost ale i on i ja myśleliśmy już o wspólnej przyszłości . Coraz częściej temat wypływał sam z siebie . Zamiast zrobię, pojadę , wybiorę pojawiło się zrobimy, pojedziemy , wybierzemy.
Tymczasem życie szykowało mi znacznie trudniejszy egzamin niż matura . 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz