niedziela, 28 października 2012

W cieniu 13 drudnia cd


Mniej – więcej na wiosnę zaczęły się pojawiać dary. Zachód wstrząśnięty sytuacją w Polsce postanowił zorganizować pomoc. Nie wiem co sobie tamci ludzie myśleli organizując zbiórki i transporty z pomocą dla nas , nie chcę kwestionować ich dobrej woli ale zdanie o tych akcjach mam oględnie mówiąc kiepskie. W kościołach albo w opiece społecznej raz po raz ogłaszano rozdawanie darów z Europy Zachodniej . Jakieś produkty żywnościowe , odżywki dla dzieci, odzież i leki. Te ostatnie w dużej części okazywały się przeterminowane , niektóre były częściowo zużyte. Żywność najtańsza i często również albo na granicy ważności albo już po , naszpikowana chemią do granic możliwości. Wciąż miałam przeświadczenie ,że rzucano nam biednym ochłapy z pańskiego stołu , tak dla poprawienia sobie samopoczucia i wbicia się w dumę i podbudowania sobie morale z samego faktu jacy to są wspaniałomyślni i szczodrzy. Taka faryzeuszowska moralność.
Po dary ustawiali się wszyscy czy tego potrzebowali czy nie – kusiło zachodnie pochodzenie. Niektórzy perfidnie wykorzystywali sytuację i nie źle się na tym obławiali . Handel darami czy to wymienny , czy też w formie tradycyjnej kwitł , również wśród tych , którzy mieli je rozprowadzać. My , za namową znajomego księdza wybraliśmy się po dary dwukrotnie. Już po pierwszym razie powiedziałam ,że nigdy więcej ale potem rozdawali żywność dla niemowląt więc poszłam raz jeszcze. Jakieś dwa lata później kadrowa z zoz- u w Środzie Wlkp. gdzie nadal byłam zatrudniona choć korzystałam z urlopu wychowawczego przesłała mi telegram ,że mam się stawić po przydziałową żywność z darów, która mi przysługuje bo mam dwoje małych dzieci. Pojechałam . Dali mi 5 kg amerykańskiej mąki i 4 litrowy baniak oliwy sojowej. Oliwę wykorzystaliśmy , była nie złej jakości , natomiast mąka nie nadawała się do użytku , zrobiony z niej makaron rozsypywał się natychmiast na grudki wielkości ziaren kaszy gryczanej . Nie pamiętam czy znalazłam dla niej jakieś zastosowanie czy po prostu ją wyrzuciłam.
Jakoś szczególnie mocno nie odczuliśmy tych wszystkich ograniczeń wynikających z wprowadzenia stanu wojennego .Drażniło oczywiście ,że nie można pojechać w odwiedziny do znajomych czy rodziny , nawet do sąsiedniej miejscowości , że trzeba przestrzegać godziny policyjnej , a listy przychodzą rozcięte i opieczętowane wielkim stemplem” ocenzurowano” . Mnie osobiście to śmieszyło , zwłaszcza gdy odbierałam listy od przyjaciółki. Pisałyśmy różne babskie bzdurki . J , akurat się zaręczyła i w każdym liście były jakieś zachwyty nad jej wybrankiem, ja pisałam o sprawach domowych., książkach , pomysłach na przeróbki . Nic co mogło w jakikolwiek sposób komukolwiek zagrozić czy choćby wzbudzić podejrzenia. Widać jedna korespondencja krążyła zbyt często.
Faktem wprowadzenia stanu wojennego nie bardzo się wtedy przejęliśmy poza tym pierwszym dniem .Wiadomo: szok , zaskoczenie, nie wiadoma przyszłość. Z patrolami dyżurującymi w portierni mąż nie raz ucinał sobie pogawędki , ja koncentrowałam się na opiece nad synkiem i przeciwstawianiu się rodzicom , wszyscy na zapewnieniu sobie jako tako dostatniej egzystencji. .Ludzie pozałatwiali sobie sobie przepustki i przywykli ,że nie należy kręcić się po mieście po 21.00 kiedy to zaczynała obowiązywać godzina policyjna. Po paru tygodniach telewizja wznowiła emisję programu , co sprowadzało się do nadawania dziennika telewizyjnego i filmów wojennych.. Skutek był taki , że roczniki 1981, 82 i 83 są bardzo liczne. Skoro nie było nic innego do roboty , 21 stopień zasilania i na dodatek brakowało w sklepach świec i baterii do latarek , a wiadomo,że ciemności skutecznie uniemożliwiają wszelką ludzką aktywność, to robiło się dzieci . Stan wojenny miał więc od razu jeden pozytywny skutek dla Kraju ; wzrósł znacząco przyrost naturalny. Rzeczy ważne działy się gdzieś daleko , w Warszawie, Gdańsku , Wrocławiu. Poznaniacy nie specjalnie się udzielali politycznie , krążył z tego powodu nawet slogan „Poznaniacy – nie Polacy” . Trudno powiedzieć co było przyczyną. Osobiście myślę ,że wyszło zamiłowanie do spokojnego życia i spraw materialnych i zakodowane w genach poszanowanie prawa. Walka nie leży w wielkopolskiej naturze. Nasza walka to praca u podstaw i pomnażanie .

czwartek, 25 października 2012

W cieniu 13 grudnia cd


Na czas Świąt Bożego Narodzenia i Nowy Rok stan wojenny został zawieszony. Ludzie spotykali się na rodzinnych kolacjach i później na prywatkach sylwestrowych (większych bali nikt nie odważył się zorganizować ) , ale nastrój nie sprzyjał beztroskiej zabawie i świętowaniu. Wszyscy byli smutni i przygnębieni , minęło zbyt mało czasu ,żeby ludzie zdążyli się z tą sytuacją oswoić 
Kilka dni przed wigilią w naszym osiedlowym kiosku ruchu pojawił się towar: „Rzucili „ żyletki , szampon , rajstopy , jakieś zabawki w ilości dość konkretnej jak na tamte czasy . Na samym środku wystawy siedział śliczny pluszowy miś - jedyny w całej dostawie zabawek. Postanowiłam zdobyć go dla małego. Stałam na ponad 20 stopniowym mrozie prawie półtorej godziny i zaklinałam w duchu żeby nikt go nie kupił. Miałam szczęście : miś był mój. Dziś nie byłby żadną atrakcją : jakieś 30cm wysokości , żółto- bury plusz , oczka z plastikowych guzików, ale wtedy taki zakup to było coś. Przy okazji załapuję się na dwa szampony "familijne", dwie pary rajstop , pudełko żyletek i przydział kartkowych papierosów "popularne". Miałam prezenty na Gwiazdkę dla szwagierki ( szampon i rajstopy ) , a żyletki sprawiedliwie podzieliłam pomiędzy męża i ojca. Dla mam wyszyłam po komplecie serwetek z resztek szarego płótna , które leżały wcześniej nie zagospodarowane. Nie całkiem pamiętam co dostali na tę Gwiazdkę mąż i ojciec , ale chyba jakiś zdobyczny alkohol . Śmiesznie to brzmi dzisiaj , ale taki był rok 1981. Wigilię mieliśmy nawet całkiem zasobną. Jak wspomniałam wspólnymi siłami z rodzinnych zrzutek i dzięki zaradności szefów zakładów udało się zapewnić zaopatrzenie w artykuły spożywcze. Mały dostał nowe – używane ciuszki , które teściowa załatwiła u znajomej z opieki społecznej i oczywiście misia. Kupić coś nowego dla malucha można jedynie na kartę ciąży lub książeczkę zdrowia jeśli akurat trafi się na dostawę w sklepie dziecięcym i odpowiednio długo postoi w kolejce. Zdesperowani ludzie godzinami wystają w kolejkach po wszystko : od jedzenia i pasty do zębów po telewizory i meble .Ja zadowalam się tym co się uda bez długiego czekania. Postanowiłam sobie ,że na stanie w kolejkach nie poświęcę więcej niż godzinę . Oczywiście gdyby sytuacja tego wymagała i od tego zależałoby czy rodzina będzie głodna to pewnie żadne takie postanowienie nie miałoby znaczenia i zrobiłabym wszystko ,żeby rodzinę nakarmić . Na szczęście jednak nigdy do aż tak drastycznych braków nie doszło i po kolejkach przesadnie długo nie wystawałam ani ja ani nikt z naszej rodziny. Nad tym codziennym zabieganiem skrzydła rozpościerał i rzucał złowrogi cień stanu wojennego ,codziennie , drogą poczty pantoflowej rozchodziły się informacje o internowaniach , aresztowaniach , strajkach i strzelaniu do ludzi . Informacje nie sprawdzone i nie możliwe do zweryfikowania , bo żadna łączność nie działała. Na szczęście te informacje nie dotyczyły naszego miasta. Wigilia i Święta przebiegły w miarę spokojnie. Mama i teściowa nawet wspólnie i w świętej zgodzie gotowały zupę rybną w naszej kuchni , co nie zmieniło faktu, że wyciszony na chwilę konflikt między nimi nie wybuchł niedługo po Nowym Roku ponownie. Ka znów miał dyżury : w pierwsze święto dzień , w drugie nockę. Na razie trudno mi było taki tryb życia i pracy zaakceptować. Wolałabym ,żeby to był zwykły tydzień pracy z wolnymi niedzielami i świętami. Tak jednak zostało na długie 13 lat. Z czasem okaże się to nie takie złe. Nowy Rok spędziliśmy w towarzystwie znajomych : brata i bratowej mojego kolegi W, byłego seminarzysty. Nastrój raczej ciężki. Nikt nie wiedział co będzie dalej , nie było o czym rozmawiać , brakowało chęci do żartów i beztroskiej zabawy. Kolejne tygodnie zdominowała walka o byt , po kilku następnych wszyscy się przyzwyczaili do stanu wojennego oraz sytuacji jako takiej i uczyli z tym żyć a po pół roku nikt już się tym specjalnie nie przejmował i jak zwykle w naszym mieście każdy pilnował swoich garnków i swojego podwórka.

środa, 24 października 2012

W cieniu 13 grudnia


Stan wojenny paradoksalnie zastał nas w łóżku. Była niedziela , mąż miał w planach nockę w pracy a ja cieszyłam się,że matki nie będzie , bo wybierała się tego dnia do Poznania w odwiedziny do znajomej, która leżała w szpitalu , a to zapowiadało dłuższą część niedzieli bez awantur. A nasz 6-cio tygodniowy synek spał sobie smacznie w łóżeczku z błękitnymi firaneczkami całkowicie nieświadom tego,że wokół szaleje wiatr historii i dzieją się rzeczy ważne. Jako ranny ptaszek obudziłam się wcześnie , około 7,00 . Mąż spał w najlepsze. Próbowałam uruchomić radio , ale nie zadziałało . Kręciłam chwilę gałkami - bez skutku. Pomyślałam, że się popsuło . Za chwilę spróbowałam włączyć telewizor. Na ekranie pojawił się „śnieg” . To moje kręcenie obudziło męża. Spróbował i on z tym samym skutkiem. . Po chwili do naszego pokoju zaglądnął mój ojciec z pytaniem czy może u nas pooglądać telewizję ( nie pamiętam co , ale miał jakiś swój ulubiony niedzielny program) , bo ich telewizor wysiadł . Trochę nas to zdziwiło , bo i u nas nie działał. Ojciec i mąż orzekli, zgodnie, że to pewnie coś z anteną . W tym czasie matka wyszła z domu ,żeby zdążyć na pociąg do Poznania o 8.10.. Kilka minut później „ożyły „ oba telewizory. Na ekranie pojawił się Wojciech Jaruzelski i usłyszeliśmy słynne przemówienie. Staliśmy we troje obok drzwi gapiąc się z niedowierzaniem na czarno - biały ekran , z którego płynęły informacje o... wojnie domowej ? Jakoś nie mieściło się nam to w świadomości. Nie rozumieliśmy. Informacji wysłuchaliśmy tego ranka jeszcze kilka razy . Po jakiejś godzinie wróciła matka z jeszcze dziwniejszymi nowinami: pociągi odwołane , na ulicach i dworcu wojsko , kontrolują i legitymują wszystkich . Ją i jej dwie koleżanki zawrócili z dworca. Na szczęście mąż jednej z nich nie zdążył jeszcze odjechać maluchem i miała czym wrócić do sąsiedniej miejscowości gdzie mieszkała ( przepustki zaczęły obowiązywać od następnego dnia) , dzieje się coś złego. Nie baliśmy się . Na razie był szok i niedowierzanie i jakieś wrażenie absurdalnej groteski . Tego dnia największe wrażenie zrobiła na mnie cisza panująca w mieście. Jak zwykle w niedzielę wybraliśmy się z mężem do kościoła na 11.30 . Przysypane grubą warstwą śniegu miasto sprawiało wrażenie martwego. Nikt nie odśnieżał ulic, znikąd nie dobiegała żadna muzyka, żadna rozmowa, , żaden śmiech , nie przejechał samochód, nie zaszczekał nawet pies nie zapachniał niedzielny obiad. Wydawało mi się, że nawet wrony, których w mieście było pełno i zwykle darły się bez opamiętania , tego dnia ucichły ( realnie rzecz biorąc pochowały się z powodu siarczystego mrozu, a nie stanu wojennego) . Ludzie w ciszy przemykali się do Fary na Mszę Św. Proboszcz ani słowem nie nawiązał do tego co się stało , jedynie po Credo odmówił modlitwę za Ojczyznę i na koniec zaintonował „Boże Coś Polskę” .Głośny zwykle śpiew , potęgowany wspaniałą akustyką zabytkowego kościoła tym razem brzmiał jakoś cicho i bez werwy. Ludzie wychodząc pozdrawiali się skinieniem głowy i szli w swoją stronę nie przystając i nie zagadując się nawzajem. Po drugiej stronie ulicy , naprzeciw kościoła od budynku sądu aż prawie do rynku stały uzbrojone patrole . Nie zaczepiali nikogo , po prostu stali. Taka psychologiczna demonstracja siły. Tego dnia atrakcji czekało nas więcej. Mąż pracował wówczas w urzędzie telekomunikacyjnym . Była to jednostka paramilitarna. Tego dnia miał nockę , która u nich zaczynała się o 17.30. Tuż po 15.00 usłyszeliśmy dzwonek do drzwi . Poszłam otworzyć . Za drzwiami stał uzbrojony w kałasznikowy patrol żołnierzy. Na moment ugięły mi się nogi.. Zapytali o męża , który w tym akurat momencie wyszedł z pokoju. Okazało się ,że ma się natychmiast stawić w pracy . Czekali aż się ubierze i razem z nim wyszli , odprowadzili go do samego zakładu.. Na portierni wartę pełnił inny uzbrojony patrol. I tak już zostało na długie miesiące. Mąż powinien wrócić z dyżuru następnego dnia po 7 .00 rano . Nie wrócił . I to był jedyny moment kiedy się bałam.. .Przyszedł dopiero około 18.00. Nocą , kiedy wstałam żeby nakarmić Małego usłyszałam dobiegający zza okna jakiś hałas. Sąsiednią ulicą , 50m od naszego bloku jechała kolumna czołgów . Mój ojciec także nie spał . Stał w oknie i liczył. Naliczył ich 236. Następnego dnia , kiedy mąż wrócił już do domu i siedzieliśmy razem przy kolacji , to co się stało podsumował krótko:” trzydzieści lat pracowałem na to ,żeby dostać w pysk” , matka histeryzowała od rana,że jak to , do pracy nie można jechać , tylko trzeba załatwiać przepustki i co to będzie jak do ludzi zaczną strzelać , ja milczałam , bo już tak mam,że jak mnie coś mocno ruszy to nim sprawę sobie przemyślę milczę jak zaklęta. A mój mąż jak zwykle trzeźwy i umiejący wszystko natychmiast zanalizować i wyciągnąć wnioski stwierdził,że zbyt długo to nie potrwa ; rok może dwa i nic nadzwyczajnego się nie stanie a ludzie niedługo się przyzwyczają , szkoda tylko Kraju jako takiego , bo nas to cofnie w rozwoju. Trafniej ująć tego nie mógł. I stało się jak przewidział. Po części rację miała i moja matka : strzelali , choć nie u nas , a inne represje też jakoś nasze miasto ominęły. Internowali zaledwie jedną osobę – takiego wiecznego pieniacza , który po zapisaniu się do Solidarności psuł wszystko do czego dotknął a potem przypisał sobie zasługi,których nie położył. w żadnej sprawie. Informacja o jego internowaniu dotarła do nas po świętach.
A potem przyszedł dzień jak co dzień i trzeba się było zająć przyziemną walką o byt . Zbliżały się Święta i wszystkich pochłonęły przygotowania . Karpie załatwiła matka przez swój zakład pracy , drogą handlu wymiennego . Gospodarstwo rybackie karpie – zakład odzieżowy resztki tkanin z produkcji mundurów. Kapustę, fasolę , warzywa , jabłka, susz owocowy jakoś dawało się kupić w dwu istniejących prywatnych sklepikach warzywnych - obrotni badylarze nawet w stanie wojennym potrafili zapewnić towar swoim klientom – nic dziwnego,że w gospodarce rynkowej szybko wyrosły im fortuny. Grzybów mieliśmy jeszcze spory zapas z czasów kiedy zbieraliśmy je co roku w wakacje u babci. Gorzej było z cukrem , margaryną , mąką i kawą czy herbatą ale i to udało się kupić bez jakiegoś długiego wystawania w kolejkach. - sklep mieliśmy na wprost okien. Kiedy podjeżdżali z dostawą , należało tylko odpowiednio szybko zbiec ze schodów i przebiec ulicę – zanim ustawiła się kolejka. Nie pamiętam sytuacji,żeby odmówiono komuś sprzedaży , albo odkładano ją na później. Jaja załatwiał ojciec od kolegi z pracy, który pochodził z gospodarstwa. Mięso , również zorganizowała matka, tą samą drogą co ryby . Pierniki w sławnej czekoladopodobnej polewie dostarczyła teściowa – z okazji świąt NBP – gdzie pracowała załatwił jakiś ekstra – przydział dla swoich pracowników. Chleba nie brakowało nigdy, bywało jednak,że często był nie świeży albo zakalcowaty , a w soboty trzeba było iść po niego wcześnie rano ..
Przygód związanych z tamtym czasem było wiele. Z zaopatrzeniem w artykuły żywnościowe kłopotów większych nie mieliśmy. Ludzie u nas obrotni ,szybko nauczyli się sobie radzić. Były kolejki , a jakże, największe przy sklepie firmowym, gdzie od czasu do czasu pojawiały się kolumny . Raz po raz musiała interweniować milicja . Ciężko było o kartkowy alkohol a żyletki, rajstopy, papier toaletowy i szampon familijny kioskarka wydzielała po sztuce na osobę. Wszystkie produkty z tamtych czasów kojarzą mi się jako popularne ale temu poświęciłam już cały rozdział. Nauczyliśmy się robić coś z niczego . Robiło się kotlety z konserw turystycznych , blok z mleka w proszku , zbierało skrzętnie resztki mydła , wkładało do plastikowych siateczek po warzywach , taką siateczkę wypełnioną mydłem moczyło w gorącej wodzie , ugniatało w zwartą bryłkę , a potem wiązało siateczkę na zlewie i używało mydła aż do wyczerpania., przerabiało ubrania, dziergało swetry i czapki... Kombinowanie i załatwianie stało się naszą rzeczywistością . Kraj pogrążył się w szarościach . Miało się wrażenie,że wokół snuje się szary , lepki opar . Ciężar codziennej egzystencji pozbawił życie wszelkich barw w sensie niemal dosłownym i w przenośni.  

wtorek, 23 października 2012

Rodzinnie cd


Wróciliśmy do domu . Powrót nie wypadł ciekawie. Rodzinka zła na mnie ,na siebie , na Ka. Bóg jeden wie dlaczego , zamiast cieszyć się narodzinami pierwszego wnuka
Babcie skakały nade mną i próbowały jakieś archaiczne przesądy mi wciskać , typu ,że przez 6 tygodni mam leżeć i nie ruszać się z domu , pić herbatę z mlekiem
( totalna bzdura ) , której nie cierpię, a jak już wyjdę , to najpierw mam iść do kościoła a nie z dzieckiem na spacer itp. Nie dałam się w to wrobić więc był pierwszy powód do awantur. Babcie uważały,że one wiedzą lepiej a ja jestem młoda, głupia i niedoświadczona . Na moje prośby o jakieś rozsądne uzasadnienie tych ich praktyk odpowiadały ,że tak m a być. Nikt mnie podobnych bredni w studium nie uczył . Nie wiedziałam czego nie powinnam lub co powinnam , wiedziałam czego mnie uczono w szkole i tego się trzymałam. I nie zamierzałam ustąpić. Wylazła moja paskudna cecha charakteru: nie znosiłam i do dziś nie znoszę gdy ktoś próbuje decydować za mnie i wtrąca się w moje sprawy. Następnym powodem do awantur ,było imię , które postanowiliśmy nadać małemu. Tu akurat ojciec stanął po naszej stronie i stwierdził ,że to nasze dziecko i my sami mamy o tym zadecydować. Oczywiście fakt, że nauczona swoimi doświadczeniami z nazywaniem mnie z dwóch imion postanowiłam nadać synowi tylko jedno znów wywołał spięcie. Matka chodziła wściekła na nas dobre dwa tygodnie. Ale na swoim postawiłam. Przeszło jej gdy trzeba urządzić chrzest. Znowu próbowała się wtrącać we wszystko co robię. Nie słucham żadnych  „ światłych „ rad babć i ciotek. Z domu wyszłam po dwóch tygodniach , jak tylko wygoiły mi się szwy i przestały utrudniać chodzenie i od razu małego zabrałam na pierwszy, krótki spacer . Poduszkę nazywaną u nas „deczką” do chrztu uszyła mi nasza krawcowa z mojej sukienki pierwszokomunijnej. Zrobiła z tego prawdziwe dzieło sztuki krawieckiej . Do dziś ją przechowujemy , miała być dla wnuków ,ale czasy się zmieniły , chrzciny odbywają się kiedy dzieci mają już po 2, 3 i więcej miesięcy i nikt nie okrywa już becików deczkami . Została więc tylko na pamiątkę. Udało mi się też kupić mały bukiecik z białych alpejskich fiołków , słownie 3 sztuki do przypięcia na deczkę. Udało , bo i kwiaciarnie przeważnie świeciły pustkami . Trafił się czasem jakiś goździk na drucie albo podwiędnięta paprotka , a jeśli już się pojawiły gerbery to był prawdziwy ewenement. Przyjęcie urządziłam bardzo skromne.Na obiad podałam  pieczoną kaczkę i biszkopt z kremem .Nie bardzo były możliwości , jeśli chodzi o zaopatrzenie i nie bardzo bardzo było gdzie. Jak wszystkie przyjęcia w latach 80-tych i to nasze odbyło się w domu. Mały przyszedł na świat a o zamianie na pokoje rodzice nie chcieli słyszeć jak można było przewidzieć , chociaż obiecali . Żeby było ciekawiej daliśmy im nasze pieniądze z prezentu ślubnego na zakup meblościanki , bo jakoś udało się załatwić wprost z fabryki w Wolsztynie . Meblościanka zgodnie z zapewnieniami rodziców miała stanąć w dużym pokoju i służyć nam kiedy się tam przeniesiemy . Stanęła , owszem ( stoi tam do dziś dnia ) ale kiedy wspomniałam o przeprowadzce posypały się na mnie wyzwiska , usłyszeliśmy kategoryczną odmowę i temat się skończył. Oczywistym było ,że więcej o to nie poproszę . Te wszystkie awantury choć dotyczyły również mojego męża zwykle działy się pomiędzy rodzicami i mną . Ka zwykle przemilczał, tłumacząc mi ,że nie chce wchodzić pomiędzy nas . Rozumiałam to, ale trochę miałam też i za złe,ze nie staje po mojej stronie choć powinien. Chrzciny wypadły nam tydzień przed stanem wojennym ( ale o tym,że coś takiego będzie , na naszej prowincji nikomu się nawet nie śniło w najgorszych koszmarach ) .
Jak to z nami bywało i jeszcze wiele razy bywać będzie , nic nie dzieje się normalnie, tylko z różnymi przygodami. Próbowaliśmy załatwić jakąś taksówkę ,żeby nas zawiozła o kościoła. Blisko wprawdzie , ale jak tu dziecka do chrztu z fasonem nie zawieźć? Nic z tego . Obeszliśmy wszystkie postoje w mieście. Właściciel jedynej , którą znaleźliśmy był pijany. Nie bardzo rozumiał co do niego mówiliśmy. Wpadłam na pomysł ,żeby poprosić znajomego , który dysponowała własnym pojazdem Zgodził się chętnie ale niestety. W niedzielę , bardzo mroźną ( zima jakoś wcześnie w tym czasie zawitała) , samochód kolegi odmówił współpracy nie odpalił i już. Kiedy zbliżała się pora wyjścia do kościoła , a kolegi nie było zdecydowaliśmy ,że jedziemy tradycyjnie wózkiem .Opatuliłam małego kilkoma kocami , deczkę położyłam na wierzchu a bukiecik kwiatów owinęłam w papier i włożyłam do szmacianej torby na zakupy, żeby nie zmarzł i pojechaliśmy . Koledze udało się uruchomić samochód pod koniec Mszy. Przyjechał pod kościół dopiero kiedy mieliśmy wychodzić. W tej samej Farze gdzie braliśmy ślub , małemu nadano imię i przyjęto go do wspólnoty .Zgodnie z naszym życzeniem otrzymał jedno imię , które oznacza rządzącego ludem i ma dwóch św . patronów. Sprawdziło się ; od dziecka wykazywał predyspozycje do rządzenia a jeśli dodać do tego fakt ,że skorpion jest znakiem przywódców , to wszystko wskazywało na to , że będzie silnym człowiekiem. Na przyjęciu wszyscy zachowywali się , no powiedzmy poprawnie i w miarę przyjaźnie. Nawet moja matka nie powiedziała tym razem nic głupiego. Zaprosiła nawet teściową i szwagierkę na Wigilię. Przez chwile znów łudziłam się ,że się ułoży. Następnego dnia jednak było już wszystko jak zwykle czyli wrzaski i awantury. Na razie jakoś się tym jeszcze nie przejmowałam zbyt mocno i starałam nie tracić spokoju .Obydwoje nie mogliśmy się doczekać kiedy znowu będziemy się kochać . Zalecany przez lekarza zakaz współżycia przez 6 tygodni złamaliśmy po trzech . Pod tym względem nic się nie zmieniło ,znów było nam dobrze a powszechnie panujący pogląd ,że kobiety po porodzie tracą ochotę na seks i czują się mniej atrakcyjne w moim przypadku okazał się fikcją . Nic takiego miejsca nie miało , twierdzę nawet ,że było dokładnie odwrotnie. Może właśnie dlatego ,że tak dobrze nam się układały sprawy łóżkowe , nie odczuwaliśmy aż tak dotkliwie konfliktu z rodzicami. 
Po czasie nie dało się tego znosić , ale na razie najgorzej jeszcze nie było. Zajmowałam się małym i jak mogłam tak dbałam o męża.Wymyślałam przysmaki z tego co udało się dostać , a że wybór był mocno ograniczony to trzeba było się trochę postarać i ruszyć wyobraźnią  . Umiejętności nabyte u babci teraz bardzo mi w tym pomagały , a poza tym po prostu to lubiłam.
Wydawało się ,że kryzys w Kraju nie może już być większy ,puste półki sklepowe , strajki , 21 stopień zasilania , kilometrowe kolejki po wszystko od pasty do zębów, i herbaty po meble, ubrania i sprzęt rtv,  w tv propaganda sukcesu - jakby na ironię i mroźny początek zimy ...  Tymczasem już kilka dni później historia miała uderzyć w nas potężnie i zadać cios dla wszystkich obywateli straszny . Im jednak potężniejsze ciosy zadawała historia tym większa objawiła się w Narodzie wola ich wytrzymania i zemsty . Nad Krajem zawisło widmo wojny domowej i na długie miesiące rzuciło cień na naszą codzienność. 

poniedziałek, 22 października 2012

Rodzinnie



Następnego dnia pojechałam do pracy , jeszcze wszystko było normalnie,kolejny dzień zapowiadał się tak samo. Ale tylko zapowiadał. Około 10 rano chwyciły mnie bóle, od razu bardzo silne. Trochę spanikowałam , nie pomyślałam ,żeby policzyć co ile minut i spróbować je zlokalizować . Postanowiłam wracać do domu. Jak na złość nie było mojej szefowej , ani nikogo z dyrekcji szkoły. Zadzwoniłam do poradni dziecięcej , gdzie pracowałam latem z prośbą ,żeby koleżanki przekazały informację szefowej ,że się źle poczułam i jadę do lekarza. Domyśliły się od razu ,że już mnie w pracy prędko nie będzie . Po powrocie kilka godzin spędziłam w domu , bóle się nasilały i przed 15.00 poprosiłam męża , żeby poszedł po karetkę . Na szczęście Ka miał wolne po nocce i był na miejscu. Inaczej musiałabym sama dotrzeć do szpitala. Daleko nie miałam jak to w małym mieście i pewnie dałabym sobie radę bez męża i bez karetki. Telefonu jeszcze wtedy nie mieliśmy ,a w bloku był tylko jeden i pewnie jeszcze ze 3 może 4 na całym osiedlu. Żeby wezwać lekarza , milicję czy powiadomić kogoś np. o śmierci w rodzinie sąsiedzi użyczali sobie nawzajem albo po prostu szło się na pocztę i zamawiało rozmowy. Pogotowie miało swoją siedzibę na sąsiedniej ulicy jakieś 150m od naszego bloku. Karetka przyjechała bardzo szybko. Mały przyszedł na świat o 17.10.Szybko jak na pierwszy raz i niemal co do dnia według mojego wyliczenia - mnie wychodził 4 listopada , a nie 27 jak lekarzowi. Pani doktor – nie lubiana przez kobiety za pewną szorstkość w sposobie bycia poganiała mnie żartobliwie, bo sąsiadka zza parawanu nie zdąży. Ja ją polubiłam ; jakoś tak bezpiecznie się przy niej poczułam . Przez tę swoją szorstkość emanowała jakąś przyjazną energią i życzliwością. Tego dnia i następnego chłopaki pchały się na świat jeden za drugim. Wszystkich razem urodziło się 11 i tylko jedna dziewczynka . Zwiastowało to jakąś wojnę , jeśli wierzyć różnym „Mądrym”. Nam przeciętnym śmiertelnikom w prowincjonalnym mieście nie śniło się nawet jak bliskie były prawdy te wieszczenia . Położne przynosiły dzieci od razu i układały maleństwa w łóżeczkach stojących obok łóżek mam. Wbrew powszechnie wtedy przyjętemu zwyczajowi w naszym szpitalu maluchami opiekowały się mamy a położne jedynie uczyły i pomagały . Szpital już wtedy cieszył się wzięciem i przyjeżdżały do nas rodzić kobiety nawet z Poznania i Konina. Nasz mały był śliczny , wcale nie wyglądał jak większość noworodków, nie był pomarszczony , miał delikatną, różową skórę i bujne czarne włoski układające mu się w zabawną tonsurkę . Nie miał też ochoty spać jak inne noworodki .Przyczyną był tlen , który mu podawano przez kilkanaście minut , zaraz po porodzie, bo pani doktor orzekła ,że ja słabo oddychałam rodząc i mały może mieć lekkie niedotlenienie. W każdym razie nie spał tyle co jego koledzy. Rozglądał się tylko i poruszał rączkami. Byłam mocno obolała , ale nie pozwoliłam zajmować się nim położnym. Sama go karmiłam ,kąpałam i przewijałam . Nawet specjalnie nie musiały mnie położne tego uczyć. W studium mieliśmy zajęcia również z opieki nad niemowlętami a ja się do tych zajęć przykładałam i w dodatku je lubiłam. I znowu jadłam , jeszcze więcej niż w ciąży. Wciąż miałam ochotę na biały ser . Kiedy go podali na śniadanie w szpitalu był okropnie kwaśny; wiadomo czasy były ciężkie , jaki intendentce udało się kupić taki nam kuchnia podała . Większość kobiet zrezygnowała ze zjedzenia , ja zjadłam całą porcję, po prostu musiałam . Do domu wypisali nas w następny poniedziałek . Przyszły po nas do szpitala obie babcie. Ka miał dyżur w dzień a jego szef nie chciał słyszeć o tym ,żeby go na kilka godzin zwolnić , co oczywiście wywołało kolejną awanturę , bo mojej matce nie mieściło się w głowie, że zwyczajnie szef odmówił udzielenia wolnego pracownikowi, który dopiero co zaczął pracę , wbiła sobie do głowy, że specjalnie , że dziecko i ja go nie obchodzimy . Rzeczy oczywistej do wiadomości przyjąć nie chciała. Mały zobaczył tatę dopiero popołudniu. Odwiedziny na oddziale nawet tylko przez ojców były surowo zakazane w tamtym czasie i nawet tak nowatorsko funkcjonujący oddział jak u nas nie mógł sobie na to pozwolić. Nowatorsko jak na rok 1981 oczywiście. Sanepid nie pozwalał i już. W wieczór kiedy mały przyszedł na świat tata i dziadek wspólnie opili sobie jego narodziny butelką brandy , zdobyczną i specjalnie na taką okazję przechowywaną. Ka z emocji, dzwoniąc do szpitala podał moje panieńskie nazwisko . Słyszałam jakiej reprymendy udzieliła mu pani doktor, która odbierała małego, bo akurat leżałam na sali na wprost dyżurki . Pękałam ze śmiechu , a ze mną trzy inne mamy. Pani doktor przyszła po chwili ,żeby mnie powiedzieć ,że tata poinformowany i szczęśliwy i żartowała,że bardziej przejęty niż ja . Przyjście na świat wnuka dziadek opił po raz drugi dnia następnego wspólnie z kolegą z pracy , któremu tej samej nocy urodził się syn i to był jeden z nielicznych przypadków kiedy mój ojciec pozwolił sobie zaszaleć

środa, 17 października 2012

Nowy początek



Nasze wesele trwało jeszcze cztery dni. Aż do czwartku wpadali ludzie z życzeniami . W poniedziałek byliśmy na weselnej kawie u mojej przyjaciółki , we wtorek oni u nas. czy jakoś odwrotnie . Wszystko popołudniami i wieczorem , bo normalnie pracowaliśmy. Coś takiego jak podróż poślubna znaliśmy z literatury. Czasem zamiast podróży nowożeńcy urządzali sobie jakieś krótkie wypady pod namiot . I tyle . Żyło się wtedy bez przepychu. Po dwóch dniach takich nieustających wizyt miałam już dość i marzyłam żeby spokojnie z książką lub robótką na kanapie posiedzieć. Wreszcie się trochę uspokoiło. Na razie zamieszkaliśmy u mnie, w moim pokoju. Lepszej możliwości nie było. W spółdzielni mieszkaniowej czekało się około 20 lat na lokum, wynająć nie bardzo było co , najwyżej jakiś domek gospodarczy przy willi, ale znalezienie czegoś takiego graniczyło z cudem, kosztowało kasę znacznie przewyższającą nasze możliwości i nigdy nie było wiadomo jaki stan się trafi . W gminie lista oczekujących bardzo długa , a to co proponowali jeśli już się komuś udało na niej znaleźć też do mieszkania nie bardzo podobne. Wniosek w gminie o przydział lokalu mieszkalnego jednak złożyliśmy – od czegoś trzeba było zacząć i szukaliśmy gdzie się tylko dało. Nie takie to proste jak się okazało. W nowych miejscach pracy, pierwszych w naszym życiu , radzimy sobie całkiem nie źle. Ja od września dostałam szkoły i zajęłam się organizacją gabinetów , Ka po pierwszym miesiącu przeszedł na inne stanowisko i zaczął pracę w systemie dyżurów. W końcu września dostał wezwanie na komisję wojskową , jednak miał dużo szczęścia. Zakład pracy załatwił mu odroczenie do wiosennego poboru , do powrotu z wojska drugiego fachowca. Zbieg okoliczności niezwykle dla nas pomyślny, gdyby nie to, zostałabym sama z małym na długie 2 lata , bo wtedy służba wojskowa tyle trwała , a to nie ciekawie się zapowiadało jak na wspólne początki.
Pierwszy miesiąc wspólnego zamieszkiwania był taki sobie. Rodzinka specjalnie nam życia nie uprzykrzała, obiecali nawet ,że jak mały się urodzi odstąpią nam większy pokój i zadziwiająco zgodnie orzekli,ze nie będą za zamieszkiwanie brać pieniędzy od własnych dzieci , choć im podział kosztów zaproponowaliśmy. Nie upieraliśmy się przy tym zresztą za bardzo W odstąpienie dużego pokoju nie specjalnie chciało mi się wierzyć
ale przynajmniej na razie nic nie mówiłam , zakładając naiwnie że chcą okazać dobrą wolę. Moi rodzice i dobra wola … Powinnam była takiej opcji nie zakładać , może łatwiej by mi było stawić czoła ich złości. O tym ,że się myliłam co do tej rzekomej dobrej woli przekonaliśmy się już niedługo . Minęło
ledwie kilka tygodni a zaczęły się zwykłe u nas awantury. Ciężko było mi to znosić, choć próbowałam się tym nie przejmować i nie denerwować ze względu na małego. Kiedy tylko mogliśmy wychodzimy z domu. Przynajmniej miałam dużo ruchu i dużo świeżego powietrza.
Jak wiadomo w tym czasie nie można było nic kupić , można jedynie załatwić . Załatwiliśmy więc sobie kupno używanego łóżeczka z materacykiem i używany wózek . Wózek był śliczny, choć niezbyt praktyczny. Cały biały. Z pewnością mocno się wyróżniał, bo królowały wtedy granatowe , bordowe i brązowe ze skaju albo jeśli ktoś chciał być bardzo elegancki i na czasie tzw. koszykowe ( gondola pleciona z wikliny , budka ze skaju w kolorze jasnobrązowym) . Poduszeczki do niego i kołderkę do łóżeczka uszyła mi znajoma krawcowa, wciąż ta sama starsza pani podobna do mojej babci. Szyła mi też suknię ślubną ; wszystko z taką radością jakby robiła to dla własnej wnuczki. Na szczęście miałam z czego szyć. Jak wspominałam mama pracowała w zakładach odzieżowych. Jej zakład szył mundury , ale był częścią większej korporacji wtedy nazywanej zjednoczeniem - i wymieniali się pomiędzy zakładami resztkami z produkcji . Na kilogramy , za przysłowiowe grosze można kupić mnóstwo różnych materiałów, tyle tylko ,że w kawałkach od 30cm do góra 70- ciu. Przy ogólnych brakach we wszystkim, dobre i to. Ciekawe ,że przy całym tym kryzysie gospodarki i brakach na rynku wszystkie zakłady pracowały pełną parą . Produkcja ani na chwilę nie zwalniała , nie było przestojów – no, chyba ,że akurat wyłączono prąd , a sklepy i tak świeciły pustakami . Sporadycznie gdzieś coś „ rzucano” . Gdzie znikała reszta ??? Tego nikt nie wiedział a władza się z tego nie tłumaczyła i z uporem maniaka wmawiała nam ,że to przejściowe i że będzie lepiej. Swojego rodzaju gospodarczy fenomen.
Trochę szyłam sama , trochę zanosiłam do krawcowej. Robiłam na drutach i szydełku. Nauki babcine nie miały szans pójść w las i bardzo się teraz przydawały.
Dziś jak o tym myślę, to zastanawiam się jak w ogóle udawało się ludziom przetrwać w takich warunkach . A dzieci rodziło się więcej niż teraz. A przecież nie tylko dziecięcych rzeczy nie było. Tak myślę ,że kiedyś rodzina była wartością samą w sobie a dzieci swoistym dobrem materialnym – skoro nie można było mieć nic innego to chociaż miało się dzieci. Dziś te pojęcia się odwróciły ; można mieć wszystko , byle tylko odpowiednio dużo zarabiać to po co jeszcze dzieci.
Po wstawieniu łóżeczka i wózka nasz 11-metrowy pokoik znacznie się zmniejszył , ale na tę chwilę nie bardzo nam to przeszkadzało. Nie mieliśmy zbyt wiele . Ubrania moje i Ka pomieściła moja panieńska szafa , na regale z książkami i płytami zrobiło się trochę ciaśniej , a na półce obok mojego radia i kasetowego magnetofonu stanął mały czarno-biały telewizor , w piwnicy jeszcze jeden rower a prezenty ślubne pomieściły się w kanapie i w dolnych szafkach mojej mini – meblościanki.
Łóżeczko przybrałam błękitnymi we fioletowe kwiatki firaneczkami , które uszyłam z powłoki na kołdrę i kolorowymi   piaskowymi dziadkami- to były takie plastikowe figurki postaci z popularnej wtedy bajki. Teraz to żadna atrakcja; wszystkie rzeczy dla maluszków sa śliczne , kolorowe i bezpieczne, wtedy jednak takie cudeńka można było obejrzeć jedynie w zwożonych z Zachodu katalogach a na co dzień cieszyć się nie zbyt udaną figurką z brzydkiego tworzywa. Mimo już ostatnich tygodni oczekiwania , nie przestaliśmy z Ka się kochać. Ostrożniej i delikatniej ale jednak . I wciąż jednakowo sprawiało nam to wielką przyjemność.
Mijał październik . Niby miałam wyliczony przez lekarza termin porodu na koniec listopada , ale ja swoje wiedziałam. Moje „coś mi mówi” nie zostawiało mi żadnych wątpliwości w tej sprawie. Termin zbliżał się nieuchronnie.
Na Wszystkich Świętych nie zdecydowałam się jechać na grób babci. Poszliśmy
na nasz miejscowy cmentarz odwiedzić groby babci i dziadka Ka oraz dalszej rodziny i Powstańców Wlkp. Miałam już lekki problem z chodzeniem . Po raz pierwszy od początku ciąży musiałam poruszać się wolniej. 

wtorek, 16 października 2012

Ten najważniejszy dzień cd .


Mały chyba wiedział ,że to ważny dla rodziców dzień , bo grzecznie sobie spał schowany za bukietem . Wcześniej potrafił mi już nie źle przyłożyć piąstką albo stópką. Wychodziliśmy przy dźwiękach organów. Świeciło słońce – a ja uznałam ,że to dobry dla nas znak na przyszłość. Przed kościołem witały nas dosłownie tłumy. Wielu osób nawet nie znaliśmy. Jednak oboje jesteśmy rodowitymi mieszkańcami miasta i okolic - nasze korzenie sięgają tu kilkunastu pokoleń , znane są nasze rodziny i wtedy mogliśmy się o tym przekonać. Sypnął się na nas deszcz drobnych pieniążków i bukietów. W bukietach przeważnie goździki na drucie i gerbery , ale było też kilka całkiem oryginalnych . Od kolegów ze studium Ka wielka wiązanka złożona po części z kwiatów ogrodowych , po części ze szklarniowych róż . I jeden , który budził podziw i przyciągał spojrzenia wszystkich. Od ciotki kwiaciarki i jej męża dostaliśmy wspaniały bukiet złożony z siedmiu , jeszcze dziś bardzo rzadko występujących ,czarnych róż. Był przepiękny. Tak naprawdę , te róże nie są całkiem czarne. Są ciemnobordowe , z drobniutką siateczką czarnych "żyłek" na płatkach – co wizualnie daje efekt czerni. Wcześniej w życiu widziałam takie kwiaty tylko raz, a i to pojedynczy egzemplarz. Ojciec Ka nie przyjechał a życzenia przysłał nam kilka tygodni później , a właściwie tylko dla Ka. Przyjęcie jak przyjęcie. Nie wiem jak się to rodzinie udało , ale nie brakowało niczego, mimo pustek w sklepach. Jak pisałam wcześniej , w pewnym momencie daliśmy sobie spokój z wtykaniem nosków w przygotowania. Nie pamiętam dokładnie co było, kojarzę tylko pstrągi i drób podane na kilka sposobów, nie brakowało alkoholu , był tort i nawet deser lodowy . Gościom się to podobało , ja nie jadłam ryb bo nie lubię. Do tańca grał znajomy ojca na akordeonie. Robił to z taka werwą i zapałem ,że chyba nie było człowieka , który by nie zatańczył i tylko z jedną przerwą na jedzenie skończył o 5 rano.
Zdjęcia ślubne mamy aż trzy. Jedyne czego nie udało się zdobyć to filmów do aparatu. Mamy więc bardzo tradycyjne 3 ujęcia u fotografa. Na stojąco , portret i w towarzystwie świadków. Zakład fotograficzny sąsiadował z knajpką w której odbywało się przyjęcie. Zakład, taki w starym stylu , z przesuwanymi tłami , pozami układanymi przez fotografa i starymi meblami. Dziś już nie istnieje .
W nocy wyszliśmy sobie na zewnątrz pospacerować i zaczerpnąć świeżego powietrza. Ka wciąż poważny spytał czy wytrwamy. Wytrwamy i wszystko nam się dobrze ułoży ,obiecałam . Przecież się kochamy więc musi nam się ułożyć. Przytulamy się do siebie i ta obietnica, złożona sobie samym jest dla nas ważniejsza od tej oficjalnej . Ułożyło się , dziś mogę spokojnie tak powiedzieć , choć układanie zajęło wiele lat i kosztowało nas wiele trudu , pracy i wyrzeczeń . Życie szybko weryfikowało nasze plany i marzenia i dawało nam „po łapach” ale przynosiło też radość i satysfakcję.
I tu właściwie można by skończyć, napisać " i żyli długo i szczęśliwie " ale to przecież nie koniec tej bajki .