środa, 27 czerwca 2012

Lato rozmów, książek i grzybów cd


Tego lata mieliśmy grzybową klęskę urodzaju. Zaczęło się wcześnie , bo już na początku sierpnia. Jak co roku do babci zjechała się rodzinka ,żeby pomóc w zwózce drewna na opal , zrobienia zapasu węgla , wykonania  mniejszych i większych niezbędnych  remontów i td. Przyjechał mój ojciec , wujek Bronisław – jak zawsze sami i wujek Maurycy z żoną i synem . Było gromadnie i wesoło.
Kiedyś się nad tym nie zastanawiałam , ale jak sobie teraz o tym pomyślę , to nie mogę oprzeć się przekonaniu, że chyba tylko jeden wujek Maurycy dobrze trafił gdy chodzi o małżeństwo. Mój ojciec ; wiadomo . Wujek Bronisław – trudno mi powiedzieć , zbyt mało miałam okazji widzieć ich razem ale wiem jedno : żona rzadko z nim przyjeżdżała , rzadko też pozwalała mu zabierać do babci córkę . Właściwie z tą rodziną prawie nie było kontaktu. Wujek Maurycy przyjeżdżał najczęściej z żoną , potem z żoną i synem. Rozmawiając , strasznie do siebie krzyczeli – ktoś nie zorientowany mógłby pomyśleć ,że się kłócą , ale okazywali sobie przywiązanie. Przytulali się do siebie , chwytali za ręce , a w nocy,  a często i rano żelazne łóżko stojące w pokoju na babcinym strychu trzeszczało . Babcia komentowała to niby oburzona „ stare konie nie mają co robić tylko kulają się po łóżku, zarwie się niedługo ” , ale widziałam w kącikach jej ust akceptujący uśmiech..A ich miejskie , blokowe mieszkanie emanowało bardzo przyjazną aurą , świadczącą o tym ,że w domu panuje harmonia i miłość. 
A wracając do grzybów , to gdy tylko wieść po wsi się rozniosła ,że już są , jak na zapalonych grzybiarzy przystało zrobiliśmy kilka wypadów , przynosząc po sporym koszyku. Po kilku dniach okazało się, że jeden koszyk nie wystarcza , trzeba wziąć dwa i to duże. Po następnych kilku do lasu ojciec i wujkowie zaczęli jeździć trabantem wujka Bronisława i uzbierane kosze wysypywać wprost do bagażnika i wanny, która ustawili na tylnym siedzeniu. A babcia, ciocia , kuzyn i ja siedzieliśmy na ogródkowej ławeczce i obierałyśmy to wszystko , segregowałyśmy na te do zaprawy, i do suszenia. Co wieczór też mieliśmy pyszną kolację , albo grzyby smażone w śmietanie , albo panierowane sowy (kanie) , które w ogromnych ilościach rosły nawet w parku . Opychaliśmy się grzybami bez opamiętania , a babcia stwierdziła,że już na patelnię patrzeć nie może ale następnego dnia sowy znów smażyła. Strych i szopka na drewno zarzucone były suszącymi się grzybami. A zbieraliśmy tylko najszlachetniejsze : prawdziwki, kozaki i czarne łebki. Było też trochę maślaków i kurek. Do domu oprócz walizki z rzeczami przywiozłam też ogromny karton słoików z grzybami smażonymi i marynowanymi , wielki worek suszonych i drugi karton ze słoikami pełnymi kompotów ,soków i galaretek z malin , jagód i jeżyn . Jak nie trudno się domyślić krzty entuzjazmu ze strony matki i choćby najmniejszej pochwały się za to nie doczekałam.
Wakacje u babci zawsze pozwalały mi odetchnąć od awantur i poniżeń. Babcia była bardzo mądrą osobą. Tego roku rozmawiałyśmy o wiele częściej i dłużej niż zwykle ,przy wspólnej pracy w ogrodzie , chodzeniu do lasu na jagody i grzyby , zbieraniu ziół , wyjazdach do kościoła i po skromne zakupy , nadal uczyła mnie (od 10 roku życia) szyć , gotować , prowadzić dom. Jakoś tak w codziennych drobiazgach przekazywała wiedzę o życiu , jakby chciała ze wszystkim zdążyć nim odejdzie. Poza tym pozwała mi robić co tylko chcę; pisać , pracować w lesie przy wycince czeremchy , spotykać się z koleżankami itd.
Raplutaż oczywiście zabierałam ze sobą ( klucz od szafki również ). Babcia do raplutaża nie chciała zaglądać , szanowała moje tajemnice a zresztą i tak wiedziała o wszystkim z moich listów . O Ka powiedziałam jej zaraz po przywitaniu. Patrzyła chwilę na zdjęcie i zaakceptowała słowami " ten chłopak mi się podoba , trzymaj się go". Dziś żałuję dwóch rzeczy; tego ,że nie zdążyłam jej przedstawić Ka osobiście i nie spisywałam jej opowieści. Przed wyjazdem do domu, babcia obdarowała mnie ponad trzystuletnim starodrukiem . Książka już wówczas od ponad 150 lat była własnością naszej rodziny , przekazywana z pokolenia na pokolenie . Nie mogłam dostać wspanialszego prezentu..  

wtorek, 26 czerwca 2012

Lato rozmów , książek i grzybów




Tuż przed moim wyjazdem na wakacje do babci dzieje się coś co najpierw wprawia mnie w zakłopotanie , a już chwilę potem w stan radosnego podniecenia. Wiedząc ,że nie zobaczymy się około 7 tygodni , spotkaliśmy się z Ka u mnie w domu . Siedzieliśmy długo słuchając muzyki i rozmawiając . Jakoś nie mogliśmy się szybko rozstać. W końcu jednak zrobiło się późno. Zbliżała się 23.00. Ka postanowił się pożegnać . Podajemy sobie ręce i Ka wyszedł. Jednak za kilkanaście sekund, wrócił ,zadzwonił do drzwi. Otworzyłam zdziwiona " zapomniałeś czegoś " spytałam. „Tak , chcę się z tobą pożegnać i pochylając się po staroświecku całuje mnie w obie ręce, po czym w wielkim pośpiechu zbiegł ze schodów. W tym momencie wypada z pokoju ojciec z pytaniem , kto się dobija do domu po nocy. "To tylko Ka , zapomniał swoich kluczy" - kłamię. Nie śpię całą noc , w ciemnościach uśmiecham się do swoich myśli i przyciskam dłonie do twarzy. I nieśmiało cieszę się tym ciepłym gestem. Musi mi to wystarczyć na całe , długie dwa miesiące rozstania …

To było lato rozmów, grzybów i książek. Nie wiedziałam jeszcze , choć moje „coś mi mówi” nieśmiało próbowało mi to już podszeptywać , że to jedne z ostatnich wakacji u babci . Ja jednak nie chciałam go słuchać tym razem . Ciągle wydawało mi się ,że babcia będzie zawsze, a na pewno jeszcze na tyle długo, żeby zatańczyć na moim weselu i zobaczyć prawnuki. Nie było jej jednak to dane i ona doskonale o tym wiedziała. O śmierci mówiła już od jakiegoś czasu . W tamte wakacje zadysponowała , co , kto ma po niej dostać , pokazała mi , w co ją mamy ubrać do trumny , gdzie są w tym celu przygotowane ubrania i pieniądze. Najwyraźniej się żegnała z nami i światem. Tak po prostu , spokojnie i naturalnie , jak gdyby wybierała się w dłuższą podróż. Nie było to łatwe do zaakceptowania szczególnie dla mnie , a ona powtarzała mi wciąż ,że przecież taka jest kolej rzeczy, a ona żyła już przecież bardzo długo i już jej się nie chce robić wielu rzeczy , które robiła dotąd. Bardzo powoli docierało to do mojej świadomości i zaczęłam i ja się z ta myślą oswajać jak mi się wydawało. Jak się miało po czasie okazać – nie oswoiłam się . Po latach doszłam do wniosku,ze babcia wiedząc jak bardzo jestem do niej przywiązana chciała mi swoje odejście ułatwić , przygotować mnie na nie i chyba po prostu czuła nadchodzący koniec swoich dni.

Jeśli nie czytałam książek – a musiałam przeczytać kilka lektur , które były przewidziane w programie nauczania w klasie III i nie spotykałam się akurat z przyjaciółkami ze wsi , czas spędzałam na pomaganiu babci, pracy w ogrodzie i obejściu .W tym czasie babcia nie hodowała już kur ani kaczek . Właściwie oprócz kota i dwóch ogródków nie miałyśmy innych obowiązków ale roboty i tak było sporo. Przy takiej wiejskiej pracy zawsze można było zabrudzić ręce , nogi i ubranie . Nie specjalnie się tym przejmowałam , ale babcia bardzo pilnowała ,żeby do stołu siadać zawsze z czystymi rękami i świeżym ubraniu. Nie tolerowała niechlujnego wyglądu przy stole nawet kiedy było w domu malowanie, albo piłowanie i rąbanie drewna na zimę , a jak wiadomo obie roboty są ciężkie i brudne. Na co dzień kazała mi dbać o oczy, włosy ręce i paznokcie , dla ochrony twarzy przed słońcem zakładać kapelusz i tępić młodzieńczy trądzik. Wielkich skłonności do tego nie miałam , ale zdarzało mi się jak każdej nastolatce ,że wyskoczyło mi coś na twarzy. Patent na to wszystko był jeden , zioła . Na trądzik napar z mieszanki rumianku , z dodatkiem lipy , macierzanki z przewagą tejże i czegoś jeszcze co zbierałyśmy na skraju lasu , ale nie pamiętam już co to było. Chłodnym naparem miałam przemywać sobie twarz każdego wieczoru i tak też robiłam. Efekt był już po kilku dniach i co ciekawe trwały efekt , a ładna cera bez wyprysków , zmarszczek i przebarwień została mi do dziś . Na przebarwienia i piegi babcia kroiła mi świeżego ogórka , na wygładzenie i wybielenie dłoni zostawiała skórki z wyciśniętych cytryn i kupowała w aptece glicerynę bez dodatków. Czasami parzyła mi też jakieś ziółka do płukania włosów .Co kilka dni kazała też nakładać na oczy na zmianę okłady z rumianku lub zwykłej herbaty. Miało to zapobiegać sińcom pod oczami , opadaniu powiek i nadawać oczom blask. Czy faktycznie tak było? Nie wiem , nigdy się nad tym nie zastanawiałam i prawdę mówiąc trochę mnie wtedy te zabiegi śmieszyły .I czy w ogóle szaro – błękitne o chłodnym odcieniu oczy jakie mam , mogą błyszczeć ? Dbanie o wygląd nie było wtedy moim priorytetem . W głowie miałam co innego i nawet bliższa znajomość z Ka nie sprawiła, że nabrało to dla mnie znaczenia.  

poniedziałek, 25 czerwca 2012

My ze sobą nie chodzimy , my jeździmy rowerami


Kończył się rok szkolny. Fakt ,że ktoś okazuje mi jakieś zainteresowanie wprawia mnie z jendej strony w zdziwienie , z drugiej w stan lekkiego, radosnego oszołomienia . Jak to ?
Ja taka , nie nadająca się do niczego szara mysz jestem obiektem zainteresowania ? Trudno mi było w to uwierzyć. Nikt oczywiście o tym nie wie, na zewnątrz jak zwykle zachowuję kamienny spokój. Co innego mój raplutaż, ten od emocji aż wrze, nadal na jego kartki przelewam swoje emocje , myśli i oczekiwania. Na zewnątrz może tylko częściej się uśmiecham., ale wciąż nieśmiało i z oporami. Z Ka spotykamy sie na przerwach , a najczęściej popołudniami , albo na seansach MKF-u , albo na wycieczkach rowerowych. Do MKF należy większość uczniów LO. Karnet kosztuje 6,80 i uprawnia do 6 filmów w miesiącu. Jest to dla nas wyjątkowa atrakcja , bo takie tytuły jak "Lot nad kukułczym gniazdem " , San Babilla godzina 20 " czy"Providence" dla ogółu są niedostępne , można je zobaczyć jedynie na zamkniętych seansach klubów filmowych. Atrakcja tym większa ,że na seanse zapraszani są krytycy filmowi, aktorzy, reżyserzy - nawet sam pan Krzysztof Zanussi , twórcy muzyki filmowej , organizowane są konkursy , w których nieodmiennie wygrywa kolega z mat-fiz , zapalony miłośnik kina , nazywany przez nas "Mistrzu" , obecnie profesor j.polskiego w technikum elektronicznym. Na seansach siedzimy z Ka obok siebie , a potem w drodze do domu dyskutujemy o filmach ,rozmawiamy o różnych sprawach i pękamy ze śmiechu. Ja i spontaniczny śmiech – samej sobie nie wierzę i uważam , że jest to co najmniej dziwne , a gdzieś tam głęboko w mojej świadomości , świdruje jak bolący ząb- uparta myśl ,ze to nie może trwać, zginie , przepadnie . Ale moje „ coś mi mówi „ nic takiego nie podpowiada ani nie pokazuje . Przeciwnie – jeśli chodzi o tę znajomość milczy sobie dalej. Równie wesoło i spontanicznie jest w czasie naszych rowerowych wycieczek ; nie kończące się rozmowy , do których tematów nie brakuje nigdy i mnóstwo śmiechu. Ka odwiedza mnie w domu, raz na wyraźne moje zaproszenie - potrzebuje jakiejś książki . Potem ją odnosi . Może to zrobić w szkole , ale właśnie zaczyna się coś między nami dziać , choć jeszcze bardzo długo pozostaje nie nazwane . Kolejny raz ot tak sobie. Siedzimy w niby moim pokoju za zamkniętymi drzwiami , ale kiedy tylko matka wraca z pracy wchodzi do nas co chwile albo woła mnie do kuchni. Sytuacja staje się dla mnie co najmniej dziwna. Wymagają ode mnie nauki i podporządkowywania się różnym nakazom i zakazom , a z drugiej strony nikt nie interesuje się tym co faktycznie robię . W rezultacie mam nieograniczoną swobodę. Oczywiście powrót do domu po 21 grozi awanturą , przyznanie się do tego ,że jestem umówiona z chłopakiem sankcjami , ale kiedy w naszym domu nie było awantur ? Jakoś mniej się tym przejmuję , rzadziej zdarza mi się płakać w poduszkę, za to wyobraźnia podsuwa śmiały jak na moje możliwości osiągnięcia sukcesu w sprawach męsko- damskich ciąg dalszy. Oczywiście nadal wykańczają mnie psychicznie wszelkie awantury i wyzwiska w domu , ale jakby mniej je rozpamiętuję. Letnia pora sprzyja przyjemnościom, a wzajemne poznawanie się jest czasem czarownym .To na razie ten etap ,kiedy chce się wiedzieć jaki ktoś lubi kolor , co czyta , jakiej słucha muzyki  , a oprócz tego trzyma się za ręce i patrzy w gwiazdy .
Tymczasem w szkole zaczyna się o nas mówić. No może nie często , ale zaczyna się zauważać ,że jesteśmy razem. Koleżanki są szczere do bólu , pytają mnie wprost , dlaczego ja chodzę z takim mało atrakcyjnym chłopakiem , który się tak nieciekawie ubiera i nawet wzrostem mnie nie przewyższa. I tu znów coś jakby mnie olśniło . Nie namyślając się ani sekundy odpowiadam z jak zwykle nieprzeniknionym wyrazem twarzy : " my ze sobą nie chodzimy, my jeździmy rowerami " . Koleżanki dosłownie zatkało , jedna z nich , z którą nie szczególnie się w szkole lubiłyśmy , po namyśle dorzuca uwagę ,że Ka ma jednak ładne oczy jak zauważyła. Noooo, ja też to zauważyłam , ale w rozmowie z B i resztą paczki przemilczałam .
Kwitną bzy , kasztany i dzikie róże. Z wycieczki na plantację głogu mamy piękne czarno- białe portrety , dziś już mocno nadgryzione zębem czasu ( bo Ka robi również ładne zdjęcia) i kilkanaście bajecznie kolorowych slaydów. Na wszystkich jesteśmy , młodzi ,uśmiechnięci , przystojni. Bo tak naprawdę Ka jest przystojny , to oczywiście kwestia gustu , ale tak jest . Jako młody chłopak nie ma dzisiejszej klasy ani pewności siebie człowieka sukcesu , nie stać go na eleganckie ubrania , a z natury nie jest wysoki , zaledwie kilka centymetrów wyższy ode mnie, ale faktycznie ma przepiękne ciemnobrązowe, ze złocistym odcieniem oczy , które wyglądają jak gdyby były podświetlone od środka i wyrazistą ich oprawę. Do dziś zachował  bardzo proporcjonalna sylwetkę i sprężyste , pewne ruchy , wtedy oboje mieliśmy też całkiem sporo kilogramów mniej . Mimo ,że po latach przytył nadal trzyma się prosto , chodzi szybko i sprężyście , pozostał mu też ciepły , przyjemny dla ucha głos , mimo ponad 30 lat palenia papierosów. W szkole cieszyliśmy się więc umiarkowanym zainteresowaniem otoczenia . Prawdziwym obiektem zainteresowań są inne pary . Moja przyjaciółka R , która poznała się ze swoim chłopakiem na tej samej zabawie co my , a po kilku dniach już wiadomo było ,że to wielka miłość od pierwszego wejrzenia . Oni zresztą tego nie kryli i zostali szybko zaakceptowani nawet przez grono profesorskie , co w końcu lat 70 -tych wcale takie oczywiste nie było. I jak się okazało z upływem czasu , to o nich głównie chodziło przy organizacji Andrzejek . Powszechną akceptacją cieszy się jeszcze jedna para z klas o profilu ogólnym . Byli razem już w kiedy my zaczynaliśmy naukę w LO i trwali wiernie przez 4 lata. Ich miłość jednak skończyła się tragicznie .Na dwa miesiące przed maturami. Ona poszła z innym – podobno był nim ksiądz, on popełnił samobójstwo; znaleziono go powieszonego w pokoju hotelowym. Trudno powiedzieć co naprawdę było przyczyną , ale łączono te sytuacje ze sobą. Par licealnych w różnych klasach z naszych roczników było więcej . Jest też i kilka małżeństw . Kilaka się po latach rozpadło , w tym małżeństwo siostry Ka , ale to zupełnie inna historia.
Nasze wycieczki rowerowe trwają. Rok szkolny się kończy , dla mnie z e średnią ocen 4 , co w naszym liceum jest bardzo dobrym osiągnięciem. W dwa tygodnie później ja wyjechałam do babci , Ka pomagał mamie i siostrze w przeprowadzce i podjął się pracy w zieleni miejskiej , jak to robił w każde wakacje. Lato w Pińsku jak zawsze zapowiadało się spokojne choć z nutką tęsknoty w tle , bo nie da się ukryć brakowało mi spotkań z Ka ale w perspektywie była jesień a wraz z nią miało przyjść wiele pięknych chwil . Tak czułam , choć „ moje coś mi mówi” wciąż milczało . Nie chwaliłam się ( nadal zresztą tego nie robię , tylko nie liczni o tym wiedzą ) tą zdolnością właściwie do ponad 20 lat , ale nauczyłam się jej wierzyć. Nie raz ostrzegała mnie gdy miało się coś złego wydarzyć lub coś nie udać; raz były to sprawy ważne innym razem całkiem bez znaczenia., Czasem w ułamku sekundy , niby w błysku flescha lub błyskawicy pokazywała jakieś przyszłe zdarzenie, choć nigdy nie zdradzała czasu ani miejsca , innym znów razem podsuwała jakieś przeczucie . Spokojna mogłam być kiedy nic nie mówiła , bo to oznaczało ,że nie będzie źle , choć nie koniecznie po mojej myśli , albo natychmiast.

środa, 20 czerwca 2012

Wycieczka


Nie pamiętam jakiego argumentu użyłam i jak to w ogóle się stało, że pozwolili mi w klasie I pojechać na tę trzydniową wycieczkę do Gdańska i Malborka . Jechała część klasy II biol-chem i część naszej. Wycieczka jak wycieczka . Zwiedzaliśmy gdańską Starówkę , port , Westerplatte , potem zamek w Malborku. I niczym więcej ta wycieczka nie różniłaby się od innych , ale nasi opiekunowie pozwolili nam pójść do nocnego lokalu potańczyć. Oczywiście nie zbyt długo i o żadnym alkoholu mowy być nie mogło , ale już sam fakt, że w ogóle nam na to zezwolono w tamtych czasach, był wyjątkowy bo jak wiadomo, młodzież to jeszcze nie obywatele , a dopiero kandydaci , jako tacy więc praw żadnych obywatelskich posiadać nie mogliśmy. Dziś to zupełnie co innego. Chyba właśnie z tego powodu tę wycieczkę zapamiętałam. Był to typowy ( jakich dziś wiele w każdym mieście ) pub z dyskoteką , ciemny i zadymiony . Urządzony jednak bardzo oryginalnie . Na tle granatowych z czerwonym obramowaniem ścian ,z każdego z czterech kątów zwisały gigantycznych rozmiarów ( 2-3 m) dłonie w kolorze naturalnym, z wyciągniętym palcem wskazującym skierowanym na środek , gdzie umiejscowiony był parkiet do tańca . W środku pomiędzy nimi dokładnie nad środkiem parkietu wisiała kula z lusterkami . Kiedy zagrała muzyka okazało się ,że dłonie kryją głośniki i migające żarówki iluminofonii i chyba jakieś urządzenie które co jakiś czas wprawiało w ruch lustrzaną kulę wywołując efekt padającego śniegu. Dziś nic atrakcyjnego, ale w czasach kiedy dyskoteki nie były jeszcze znane , nam uczniom szkoły średniej z prowincjonalnego miasteczka szczególnie ( bo i skąd mieliśmy to znać, osłonięci od pokus zgniłego , kapitalistycznego świata żelazną kurtyną i żyjący z dala od wielkich miast) bardzo się ten wystrój i duszna atmosfera pubu podobały. Tam po raz pierwszy usłyszeliśmy utwory zespołu Bony M „ Rivers of Babylon” i „Brown Girl in the Ring” i chyba zespół jako taki w ogóle. Ja w każdym razie nie pamiętam ,żebyśmy wcześniej mieli okazje tego zespołu posłuchać. Przeboje tak się podobały, że DJ ( był a jakże , choć sprzęt miał raczej skromny) puszczał je w kółko po każdych trzech ,czterech innych kawałkach , a parkiet natychmiast wypełniał się tańczącymi. Bawili się między innymi kibice Arki Gdynia – odwieczni antagoniści , żeby nie użyć słowa „wrogowie” poznańskiego Kolejorza . Nawet coś o tym wspomnieli , kiedy przyznaliśmy się ,że jesteśmy z okolic Poznania. Ale do żadnego incydentu nie doszło , grzecznie i w zgodzie bawiliśmy się razem, po czym na hasło profesorskie wycieczka opuściła lokal. Wrażenia były nie zapomniane. Zawsze kiedy słyszę te wyżej wymienione utwory Bony M przypomina mi się wycieczka , pub z dłońmi na Długim Targu i pierwsza w życiu p r a w dz i w a dyskoteka . Jeszcze jedno co wiąże się z tą wycieczką to moja miłość do bursztynu . Zwiedzaliśmy muzeum bursztynu mieszczące się na malborskim zamku . Jest tam nadal , ale kiedy ostatnio tam byliśmy kilka lat temu ,ekspozycja była mniejsza niż w roku 1977, nie wiem dlaczego . Minęło wiele lat więc musiało się wiele zmienić również na zamku . Od chwili kiedy zobaczyłam te wspaniałe dzieła bursztynników – artystów zakochałam się w tym kamieniu , który tak naprawdę nie jest kamieniem tylko skamieniałą żywicą, ale to przecież nie jest ważne. Jako materiał jubilerski sprawdza się jak żaden inny i ma swoje niepowtarzalne piękno i urok. A przy tym jak żaden inny jest przyjazny człowiekowi , pomaga na wiele dolegliwości i swoją słoneczną barwą umila i rozświetla życie. Zakochałam się bezwarunkowo i na wieki . Było mnie stać na kupno jedynie skromnej, bursztynowej zawieszki na rzemyku ale nosiłam ją bardzo długo i wciąż jeszcze mam w szkatułce z biżuterią . Kiedy któregoś dnia matka stwierdziła, że kupi mi jakiś srebrny pierścionek – bo nic nie noszę , żadnych wisiorków ani łańcuszków i zabrała mnie do sklepu jubilerskiego , uparłam się na bardzo prosty w formie z bursztynowym oczkiem i o innym słyszeć nie chciałam. Sprzedawczyni najwyraźniej też lubiła bursztyny , bo pochwaliła wybór i przekonała matkę, że ten jest dla młodej dziewczyny najodpowiedniejszy . Bez przekonania i zła na mnie kupiła mi ten pierścionek. Ojciec jednak wybór pochwalił co znów stało się przyczyną awantury , że nawet pierścionka sobie nie umiem wybrać tylko takie gówno mi się spodobało i to wszystko przez ojca , a w ogóle to się do niczego nie nadaję itd. Stały repertuar powtórzył się po raz nie wiadomo który. 

czwartek, 14 czerwca 2012

Pierwsze kroki - na razie nieśmiałe


Czas dorastania ze względów fizjologicznych i emocjonalnych jest dla każdego młodego człowieka trudny sam w sobie. Jeśli do tego chwieją się podstawy egzystencji , obciążenia stają się zbyt wielkie i szybko życie zamienia się w koszmar. Tak właśnie działo się u mnie. Ojciec schorowany od dziecka, z trwałą grupą inwalidzką , wciąż na silnych lekach - to nie mogło nie mieć wpływu na jego stan psychofizyczny. Teraz to wiem i rozumiem , wtedy jednak emocje ojca i jego postawa wobec mnie były dla mnie za trudne do ogarnięcia i zaakceptowania . Matka w tym czasie częściej sięga po alkohol. Raz po raz dowiadujemy się o jej ekscesach seksualnych , od sąsiadów , od jej znajomych z pracy od , obcych. Ojciec myślał,że ja niczego nie rozumiem , ale nie wiedział, albo raczej nie chciał przyjąć do wiadomości jak bardzo się myli. Niemal nie było dnia ,żeby w domu nie słyszało się wyzwisk i awantur. Kiedy tylko mogę uciekam do babci . Awantura przed i po powrocie. Ojciec w tym wszystkim nie wiadomo z kim trzyma . Z jednej strony nie pozostaje jej dłużny przynajmniej jeśli chodzi o słowne potyczki , z drugiej - jeśli temat dotyczy mnie , trzyma z nią. Dla mnie , wrażliwej , młodej osoby oznacza to prawdziwe piekło. Zamykam się w sobie coraz bardziej .Koledzy ze szkoły postrzegają mnie jako osobę zimną , nieprzystępną , prawie zarozumiałą , a ja tylko za wszelką cenę powstrzymuję emocje. Po czasie to zaczyna działać w obie strony. Nie potrafię się już niczym cieszyć i nie potrafię płakać. W takim stanie ducha poszłam na tę andrzejkową zabawę , którą w większości przegadałam na temat , o którym do dziś mam słabe pojęcie. Po imprezie Ka nie odprowadza mnie nawet do domu , sama taszczę 11-kilogramowy magnetofon. Wieczorem matka robi mi kolejną awanturę , no bo jak ja mogę całą zabawę siedzieć i gadać z jednym chłopakiem , zamiast się bawić .Tym razem jakoś specjalnie mnie to nie rusza , chociaż jest mi smutno. Nie reaguję , nie próbuję się tłumaczyć , wiem ,że nawet gdybym się bawiła , albo w ogóle sama pod ścianą siedziała , też byłby to powód do wyzwisk. Temat kończy się jak zwykle: kilka tygodni za szczelnie zamkniętymi drzwiami. Następnego dnia jak już wspominałam moje koleżanki nie zostawiają na Ka "suchej nitki" . Wyśmiewają się z wszystkiego; ubioru , wyglądu , wzrostu, z tego jak tańczyliśmy ... Jest mi bardzo smutno. Nikt o tym oczywiście nie wie – w ukrywaniu emocji doszłam już do perfekcji. Jestem przekonana ,że to koniec tej znajomości . Widujemy się wprawdzie przelotnie na przerwach , ale nawet zwykłego „cześć” sobie nie mówimy. Coś tam jednak we mnie tkwi - coś co dziś określiłabym jako tęsknotę za jakimkolwiek bliższym kontaktem z kimś - bo czasem wybieram taką drogę do klasy , żeby choć na niego zerknąć .Ot tak , na pocieszenie . O żadnej sympatii czy podobaniu się na razie nawet nie myślałam . Nie wiem co tam Ka sobie myśli , ale żadnego ruchu w moim kierunku nie robi. .Mnie , dziewczynie wystąpić z inicjatywą nie wypadało żadną miarą . Takie wówczas jeszcze obowiązywały zasady i były święte. Ja żyję swoim koszmarnym życiem rodzinnym , a Ka uderza do mojej przyjaciółki. E jest najlepszą uczennicą w klasie, osobą otwartą i pogodną i co tu kryć , dużo ładniejszą ode mnie. Jak jednak wspominałam Ka nie jest ideałem chłopaka do którego wzdycha się mając lat naście . E się nie spodobał , o czym mnie bezceremonialnie poinformowała myśląc ,że kontynuujemy znajomość z andrzejkowej zabawy i dziwi się mocno ,że nie mówimy sobie nawet "cześć" .
Sprawy przybierają inny obrót dopiero w maju. Obchodzimy święto Patrona szkoły: akademie , zawody sportowe , występy. Punkt kulminacyjny - mecz piłki nożnej w wykonaniu drużyn żeńskich. Święta szkolne są obowiązkowe więc nie mogę na nie nie iść. Zdecydowałam pokibicować dziewczynom. Przepycham się przez tłum ,żeby coś więcej zobaczyć i znaleźć się bliżej swojej klasy i nagle okazuje się ,że stoimy z Ka obok siebie . I dzieje się rzecz zadziwiająca ; niespodziewanie zaczyna toczyć się pomiędzy nami rozmowa i toczy się tak swobodnie jak gdybyśmy się znali wiele lat i nie było tych kilku miesięcy milczenia. Dowiaduję się ,że w jednej z drużyn gra jego siostra , że Ka zamierza wykupić karnet na MKF ( Młodzieżowy Klub Filmowy) , że chce chodzić na seanse filmowe , bo bardzo to lubi , kibicujemy wspólnie drużynie jego siostry , chociaż w przeciwnej gra moja przyjaciółka D. Karnet na MKF ja zdążyłam już wykupić więc umawiamy się na najbliższy seans filmowy. I tak już zostanie na dłużej . Chodzimy do klubu filmowego , potem Ka odprowadza mnie do domu , kilka dni później jedziemy na pierwszą wspólną wycieczkę rowerową po okolicy. O tym co równolegle dzieje się w moim domu nawet dziś trudno mi myśleć. Trwa jedno pasmo wyzwisk, awantur , i poniżeń ,jakaś chorobliwa eksplozja wzajemnej złości i nienawiści. Któregoś wieczoru przyjeżdża z pretensjami żona szefa matki , ona sama wraca pobita , z sińcami i zadrapaniami jakąś godzinę później. Nie wiem kto się do tego przyczynił , jakiś jej absztyfikant czy wkurzona żona , bo nigdy tego nie wyjaśniła ani ojcu , ani mnie tym bardziej . Twierdziła z uporem maniaka,ze się przewróciła. Jeśli tak było , to musiałaby co najmniej spaść z 20 schodów lub wypaść przez okno na piętrze ,żeby odnieść takie obrażenia. Sąsiedzi z osiedla mieli o czym gadać . Sama przypadkiem taką rozmowę usłyszałam i ukróciłam . Dwie mieszkanki sąsiedniego bloku gadały za rogiem , że L , „to się zadaje z kimś tam , a ta druga za to ją pobiła deską „ . Akurat wyszłam wprost na nie zza rogu i najspokojniej w świecie sprostowałam : „to nie była deska, to był pogrzebacz proszę pani” . Czasem mi się takie błyskotliwe riposty zdarzały . Poskutkowało, sąsiadki ucichły, a przynajmniej lepiej się pilnowały, bo więcej komentarzy o zachowaniu matki nie usłyszałam .Po tym wieczorze , po raz pierwszy powiedziałam ojcu ,że powinien poszukać sobie innej kobiety , a z matką rozwieść . Nigdy się tak jednak nie stało. Ojciec katolik z przekonania , regularnie praktykujący nawet nie pomyślał ,ze mógłby złamać małżeńską przysięgę , choć oburknął mi w złości ,że tak właśnie powinien, ale o dziwo , po jakimś czasie przy nieco spokojniejszej atmosferze swoją decyzję uzasadnił.
Zanim ponownie nawiązałam kontakt z Ka , poznałam pewnego chłopaka , właściwie już nie pamiętam w jakich okolicznościach . Kilka razy się spotkaliśmy , nawet raz się pocałowaliśmy. Owszem sprawiło mi to przyjemność , ale podejrzewam ,że sprawiłoby również gdyby to był ktoś inny. To kwestia mojego temperamentu , a nie osoby , a może i po części stanu ducha. Jak wspomniałam znajomość z Ka zaczęliśmy od iluminofonii a po dłuższej przerwie MKF - u i wycieczek rowerowych po okolicy. Nie trwało to długo , bo zbliżały się letnie wakacje , a ja nie zamierzałam zmieniać swoich planów i szykowałam się do wyjazdu do babci. 

środa, 13 czerwca 2012

Zabawa , zabawa


Jeśli chodzi o wyniki w nauce to rok 1977/78 okaże się dla mnie najlepszy. Uczę się przedmiotów humanistycznych , na ścisłych skupiam się tylko o tyle , żeby nie mięć dwój względnie wtedy, gdy mnie jakiś konkretny temat zainteresuje . Uchodzi mi to jak każdemu, kto ma i zgłębia jakieś swoje pasje. Domowy horror trwa. Pod tym względem nic się nie zmienia. Długie godziny spędzam w niby swoim pokoju słuchając
Okudżawy i Wysockiego ( dotąd lubię te ballady). Bywa ,że wychodzę z pokoju tylko do szkoły , na posiłki i do toalety.To trwa całe miesiące. Rzadko ktoś mnie odwiedza, a ja sama nie zapraszam ,żeby nikt nie byl świadkiem tego co się u nas dzieje. Umawiać się na randki nie mam z kim. Tęsknię do towarzystwa rówieśników , brak mi bliskiej osoby , a zarazem coraz bardziej się od wszystkich odsuwam. W szkole zawzięcie dyskutuję na tematy intelektualne i łapię każda okazję wyrwania się z domu , obojętnie czy jest to szkolna , wycieczka, wyjazd do opery , seans filmowy itp. .I na tym w zasadzie kończą się wszelkie pozytywy w moim życiu. Mniej - więcej rok wcześniej zaczyna mi się dawać we znaki mój temperament , że tak to określę , a mówiąc trywialnie, potrzebny mi chłop. Wcześnie , ale tak mnie urządziła natura. Nikt nie mówi mi jak przebiega proces dojrzewania , czym może się objawiać i co z sobą niesie . W wieku 12 lat sięgam wprawdzie po ściśle medyczną książkę ale czegoś jednak w niej brak. Może i dobrze , bo nikt nie zakoduje mi negatywnych opinii i żadnych w związku z tym oporów nigdy nie mam , ale za to dowiaduję się znacznie więcej niż osoba w wieku 12-13 lat na ten temat wiedzieć powinna. Nic dziwnego więc ,że i w tym temacie szybko uczę się radzić sobie sama.
Ten okres swojej młodości wspominam jak najgorzej .
Gdyby nie korespondencja z babcią , jeszcze dziś osobą w moim życiu najważniejszą , nie wiem jak udało by mi się przetrwać i nie zrobić jakiegoś głupstwa. Czuję się bardzo samotnie . Nie potrafię nawiązać z nikim kontaktu. Niewielu zresztą go ze mną szuka. Najbliższy kolega-sąsiad , jak pisałam wybrał seminarium , gdzie spędził 1,5 roku po czym na długie lata słuch po nim zaginął. Moje życie codzienne dalej toczyło się pomiędzy nauką, czytaniem książek , pisaniem i wyszywaniem , za szczelnie zamkniętymi drzwiami niby mojego pokoju . Wszystko to razem nie ułatwiało mi życia. Moje dotychczasowe kontakty męsko -damskie kończą się na kilku spotkaniach z chłopakiem z technikum elektronicznego , poznanym na jakiejś zabawie , na którą jako szkoła zdecydowanie żeńska bywaliśmy zapraszani. Nic szczególnego; pokręciliśmy się kilka razy po mieście i parku, pogadaliśmy , raz wybraliśmy do kina i było – minęło. Randkę w kinie popsuła mi matka, bo oczywiście musiała przyjść sprawdzić czy jestem i co robię. Wyciągnęła mnie z seansu, pod hasłem ,że zapomniała kluczy od domu. Dałam jej te klucze , ale co się wstydu najadłam , to moje i nikt mi nie zdejmie. I było mi przykro. Podejrzewam ,że wszyscy tam siedzący mieli ze mnie nie zły ubaw.

Zabawa andrzejkowa zapowiadała mi się z góry fatalnie . Ojciec był w komitecie rodzicielskim , uczestniczył w organizacji i był też obecny na zabawie. Szanse na dobry ubaw zerowe. Nastawiłam się na siedzenie pod ścianą ( po raz kolejny) .Nie byłam typem dziewczyny , do której faceci ustawiają się w kolejce i jeszcze ta kontrola nade mną...
Jako ludzie „światowi” urządziliśmy z okazji Andrzejek dyskotekę, bo przecież to znacznie ciekawsze niż zwyczajna andrzejkowa zabawa. Za aprobatą wychowawcy do klasy wniesiono iluminofonię czyli podłączane pod źródło muzyki migające kolorowe żarówki.
Do klasy , bo wtedy wszelkie imprezy taneczne urządzało się w klasach . Przestawiało się stoły i krzesła, zawieszało trochę dekoracji z krepy i baloników i tancbuda była gotowa w kilkanaście minut. Wielkich wymagań nie miewaliśmy. Wystarczyła nam muzyka i jakieś pomieszczenie .

Tym razem muzykę mamy ze szpulowego magnetofonu "mełodia" produkcji ZSRR , mojego zresztą i taśm Stilonu Gorzów przyniesionych przez kolegów. Zaprosiliśmy chłopaków z III mat-fiz, bo naszych czterech z pewnością nie sprostało by zadaniu - najlepszej gdy chodzi o naukę i osiągnięcia, klasy w szkole, z bardzo wysoką średnią ocen i stawianej innym za wzór.
Wtedy nie bardzo orientowałam się w sytuacji , jako osobę snującą się gdzieś pomiędzy – nie wtajemniczono mnie w szczegóły . Jakąś pantoflową pocztą rozeszło się, że ktoś się komuś podoba , ktoś , kogoś chciałby poznać i stąd taki a nie inny wybór partnerów do tańca. Żyłam tak sobie w błogiej nieświadomości do niedawna , a konkretnie do „pikniku u Sienkiewicza „ który miał miejsce kilka lat temu z okazji jubileuszu szkoły . Dopiero wtedy dowiedziałam się od moich przyjaciółek ,że to było ukartowane . Jedno musiałam sprostować , nie chodziło między innymi o mnie tylko o E , aż takiej pozycji w klasie to ja nie miałam ,żeby ktoś brał pod uwagę moje sympatie. Wtedy nie rozmawiałam zresztą z koleżankami o tym kto mi się podoba lub nie.
Moje przewidywania nie sprawdzają się . Część zabawy faktycznie siedziałam pod ścianą , zatańczyłam może 2-3 wspólne kawałki , aż po jakimś czasie koleżanki szukają mnie bo ktoś chce ze mną pogadać. I to jest on , Ka , obecny mój mąż. Stał przede mną facet mało atrakcyjny i zamiast prosić do tańca pytał , kto to zrobił - pokazując iluminofonię. Odpowiedziałam ,że ojciec i jego brat. Hmm... Nie chodzi o mnie ,tylko o urządzenie, ale dobre i to , przynajmniej coś się dzieje. Przez resztę dyskoteki rozmawialiśmy o elektronice , z której ja niewiele rozumiem do dziś , a on jest wielkim pasjonatem. O tym ,że rozmawiam z przyszłym mężem nawet przez myśl mi nie przeszło. Wyglądał nieciekawie : elastyczny golf, zrobiona na drutach kamizelka , przydługawe włosy, nie całkiem dokładnie ogolony i szpanerski wąs... Ubierali się w ten sposób wszyscy , ale do niego taki wygląd zdecydowanie nie pasował i odbierał mu wszelki urok. Zatańczyliśmy z 2-3 kawałki ( nawet na zdjęciach jesteśmy uwiecznieni ), odsunięci od siebie tak daleko jak tylko się da., z czego potem, po zabawie wyśmiewała się połowa klasy , a ja znosiłam ze stoickim spokojem ( cóż niezłą szkołę w tym względzie z domu wyniosłam , nawet nie zmieniłam wyrazu twarzy słuchając tych prześmiewek , ale w środku płynęły łzy – prawie znienawidziłam za to moją klasę) . Potem znowu rozmawialiśmy o elektronice. Nie szkodzi , słuchać umiałam od zawsze , a przynajmniej nie mogłam powiedzieć ,że się nudzę , albo narzekać na brak zainteresowania. Oczywiście zaraz mi się w mózgu czerwone lampki zapalać zaczęły, jak tylko pomyślałam, że ojciec powie o tym matce , a ona urządzi mi awanturę , po czym ojciec dołączy do niej jak tylko ośmielę się pisnąć słowo, na swoją obronę , co też i miało miejsce jeszcze tego samego wieczoru po moim powrocie.
Na tej zabawie poznała się też inna para ( i głównie o nią tu chodziło) . Jedna z trzech moich przyjaciółek R i P ,kolega z klasy Ka. Tylko o ile w ich przypadku była to miłość od pierwszego wejrzenia , o tyle w naszym wszystko wskazywało na to, że znajomość zakończyła się tak szybko jak zaczęła.

wtorek, 12 czerwca 2012

Od dziś będzie ciekawiej



Wakacje minęły jak zwykle zbyt szybko i były zbyt piękne . Jednak taki dwumiesięczny oddech od domowego horrorku pozwalał nabrać sił i odreagować. Do szkoły wracałam dość chętnie. Może nie tyle z chęci spotkania z rówieśnikami , co z powodu programu nauczania w drugiej klasie. Zapowiadało się ciekawie . Na historii najciekawsze epoki : średniowiecze i renesans , potem czas wojen ze Szwedami i odsieczy wiedeńskiej – na j. Polskim epoka romantyzmu ; trudna , ale ekscytująca i wymagająca wyobraźni , na wychowaniu muzycznym historia muzyki . Bardzo mi to wszystko odpowiadało. Wprawdzie nadal męczyłam się na matematyce i chemii a na myśl o biologii robiło mi się słabo , ale reszta zapowiadała się ciekawie więc nie specjalnie było się czym przejmować.
Jest więc druga połowa roku 1977. Czasy już ciężkie , choć nie widać jeszcze symptomów późniejszego kryzysu i zmian.
W tv propaganda sukcesu, w radiu ludzie wyłapują stację Wolna Europa i pokątnie nocą słuchają relacji z Zachodu, w sklepach bardzo skromnie, cukier na kartki ( od wydarzeń w Radomiu i Ursusie ) ale żyć można. Jestem już w II klasie L.O. Ambitnie zgłębiam przedmioty humanistyczne , w tym klasyczną łacinę wciąż z myślą , że kiedyś będę studiować historię. W klasie jest nas teraz 25 , w tym 4 chłopaków i wychowawca - profesor polonista - maniak literatury. Pod jego wpływem prowadzimy długie dyskusje na tematy literackie, filozoficzne , jeździmy do opery i operetki, interesujemy się muzyką klasyczna, malarstwem , filmem itp. Nie samą wiedzą jednak żyje młody człowiek , ale również rozrywką. Tylko czasy są takie ,że o rozrywkę dla młodzieży trudno. Jedyne możliwości to szkolna zabawa , albo prywatka u kumpli. Nieśmiało zaczyna w języku polskim funkcjonować słowo dyskoteka , o samej formule tej imprezy nie wspominając . Może właśnie dlatego ,że rozrywek nie ma, w społeczności L.O. panuje moda na intelekt? Nawet na prywatkach jest więcej dyskusji niż tańców i zabawy. Nie wypada też przywiązywać szczególnej wagi do mody i wyglądu , a o makijażu i fryzurach nawet wspomnieć. Jak już pisałam we fragmencie o szkolnej modzie , nosi się dżinsy, flanelowe koszule , kurtki moro i torby od masek p-gaz .W naszym L.O. i podobnie w innych szkołach średnich, panuje moda na lekki luz, wyżej opisany. Wypada też, choć nie ma presji ze strony grona profesorskiego , udzielać się w kółkach naukowych i teatralnych . I wcale nie tak łatwo do nich się dostać. Żeby wejść do sekcji historycznej klubu literacko – historycznego Pro Libris muszę wspólnie z koleżanką D. opracować etymologię ulic naszego miasta . Już jako członkinie klubu zostajemy za te pracę nagrodzone. Większość z nas pisze wiersze lub opowiadania . Kilku osobom nawet udaje się je wydać w postaci mini-tomików. I jak wszyscy młodzi ludzie we wszechświecie, czekamy na Wielką Miłość. Niektórym z nas i to się udało.
Jak już pisałam, nie jestem osoba towarzyską , nie umiem nawiązywać kontaktów z ludźmi , ani spontanicznie się śmiać , a nieśmiałość i brak wiary w siebie są u mnie niemal chorobliwe. Rok szkolny zaczęłam tak samo jak skończyłam , w pozycji milczącego obserwatora , gdzieś na obrzeżach społeczności klasowej.
Jeszcze nie wiem ,że właśnie ten rok wiele w moim życiu zmieni , a wpłynie na to pewne urządzenie elektroniczne , obecnie w udoskonalonych i wymyślnych formach powszechnie używane na wszystkich dyskotekach , we wszystkich klubach i tancbudach , remiz i świetlic wiejskich nie wyłączając.
Wtedy jednak, w listopadzie 1977 roku iluminofonia nie była w naszym Kraju powszechnie znanym i stosowanym gadżetem . Nie jestem pewna czy nadal tak się te urządzenia nazywają. Sądzę , że dziś już nie , wtedy nazywano je iluminofonią z najprostszego w świecie powodu: podłączone do źródła muzyki żarówki migały kolorowym światłem. Projektantami i wykonawcami tegoż egzemplarza, który tak znacząco wpłynął na zmiany w moim życiu byli mój ojciec i jego brat , a prototyp przetestowany został na naszej klasowej zabawie andrzejkowej . I tak oto technika zadecydowała o moim , urodzonej humanistki życiu , od niej się wszystko zaczyna, wpisała się w moje życie i zadomowiła w nim na dobre i to ona nadal determinuje moją egzystencję – obecnie już tylko tę zawodową .
Zanim jednak zmiany nastąpiły niczym grom z jasnego nieba spadła na wszystkich niebywała wieść. Kolega W. rezygnuje ze szkoły i wstępuje do Niższego Seminarium Duchownego w Niepokalanowie. Wiadomość mnie również zaskoczyła i przyznać muszę trochę zmartwiła. Traciłam ostatniego bliższego kumpla. W. wyjechał , a moja matka za ten stan rzeczy zaczęła obwiniać mnie. Wpływu na to ,żadnego nie miałam , ale jej wydawało się ...właściwie nie wiem co jej się wydawało , najwyraźniej jednak wizja mnie posiadającej auto marki Polonez rozpłynęła się w powietrzu co wprawiło matkę w zły humor i złość.