sobota, 19 stycznia 2013

VW1300


Nasza znajomość z panem P. zacieśniła się już na tyle, że odważyłam się zaprosić oficjalnie "z żoną i bez samochodu". Zaproszenie zostało przyjęte. Spotkaliśmy się u nas w sobotnie popołudnie. Dzieci szalały , my rozmawialiśmy i popijaliśmy wino. Z zapowiadanej godziny zrobiło się pięć godzin. Za tydzień nam się zrewanżowali i od razu proponują przejście na "ty". Przeszliśmy . Tematów do rozmowy nam nie brakuje, okazało się ,że mamy wiele wspólnych zainteresowań , a dzieci świetnie się ze sobą bawią. Wtedy zabawy naszych dzieci polegały na bieganiu jak opętani i dzikim wrzasku .Gadaniem kolegów z pracy Ka szybko przestał się przejmować. Nigdy też nie wykorzystywał tej znajomości dla własnych interesów. Po czasie wszyscy się przyzwyczaili i gadanie ucichło. Święta minęły nam spokojnie we własnym gronie. Rodzinę jedną i drugą poszliśmy tylko odwiedzić. Zaraz po nowym roku Ka skończył wreszcie urządzenie do szklarni. Testy wypadły w końcu poprawnie i zgodnie z założeniami i można je było użytkować. Zleceniodawca dobrze za to zapłacił. Nawet więcej niż przewidywaliśmy. Klient poczuł się usatysfakcjonowany, bo takich urządzeń w tamtym czasie jeszcze w naszym kraju nie było . Poprawiło się już znacznie zaopatrzenie , ale jeszcze nie we wszystkich branżach. Pieniędzy z tego mamy tyle ,że postanowiliśmy kupić sobie jakieś auto. Nie było to takie proste , trzeba było dobrze szukać i nie dać się oszukać , a ceny za samochody używane były obłędne .Liczyliśmy,że powinno wystarczyć na jakiegoś malucha ewentualnie trabanta . Po kilku tygodniach Ka dogadał się ze znajomym kierowcą i pewnej marcowej niedzieli pojechali razem na giełdę samochodową do Warszawy, zdecydowani kupić jak postanowiliśmy jakiegoś malucha albo trabanta. Wrócili jednak ni mniej ni więcej tylko Volkswagenem 1300 . Tak zwanym garbusem. Cóż to było za cudo !? Rocznik 1967 - już wtedy prawie weteran szos, jakiś nietypowy model z wydłużonym przodem i tzw. balkonami czyli mocno do wysuniętymi zderzakami, w kolorze ni to brązowym ni czerwonym . Z radości ,że mamy auto uznaliśmy ,że lakier jest rdzawy. Lampy przednie większe niż w innych modelach ,jajowatego kształtu – tez nie typowe.
Był po prostu piękny ! A przy tym mial jedną zdecydowaną zaletę : nie wymagał remontu , po prostu jeździł bez zarzutu. Moi rodzice zamiast się ucieszyć krytykowali,że niby po co nam auto i przecież można było kupić jakiś polski.. Nawet ojciec  tym razem skomentował ,że „on 30 lat na trabanta pracował , a my ot tak sobie kupiliśmy VW."  Pewnie,że można było kupić polski albo „enerdowski” ale ten był na nasze możliwości finansowe. Jedna Teściowa się ucieszyła . Teściowa zawsze była po naszej stronie , w kwestii samochodu również.
Tymczasem teraz już kolega P., podrzucił Ka kolejną " fuchę". Jest do zainstalowania elektroniczny sprzęt u pewnego miejscowego przedsiębiorcy. Nikt się nie chce tego podjąć , bo mało kto zna się na elektronice. Ka się podjął. Sprzęt okazał się centralą telefoniczną.
Ka podszedł do sprawy profesjonalnie choć pojęcia o biznesie wtedy nie miał żadnego.
Poszukał sprzętu u producenta , przygotował ofertę , omówił z klientem możliwości takiej centrali i warunki zakupu a potem pojechał do Gdańska go kupić, po czym zainstalował. Na razie nie przypuszczaliśmy ,że właśnie się zaczyna nasza przygoda z biznesem. Był jeden
klient , za parę tygodni pojawili się kolejni. Po trzecim czy czwartym z kolei moje coś mi mówi zaczęło mi szeptać , że należy iść w tę stronę i podsuwać wizje dostatniego życia.
Zaczynał się właśnie jak wspomniałam czas handlowych wycieczek do Szwecji i Niemiec. Co bardziej obrotni jeździli do Berlina na "szaberplac", handlować alkoholem , papierosami i czym tylko się dało a nie tylko robić zakupy. W "Aldim" i w okolicach Zoogarten rosły fortuny drobnych geszefciarzy, na wymianie walut dorabiali się różni cinkciarze, a ci którzy mają trochę więcej kasy rozkręcali handel używanymi samochodami na niespotykaną dotąd skalę . Powstawała klasa nowobogackich. Na taką handlową wycieczkę wybrał się też mój mąż. Mieliśmy niewielkie oszczędności uznaliśmy, że od czegoś trzeba zacząć i zdecydowaliśmy poświęcić je na inwestycję w handel. Na szerokie rozwinięcie tej działalności mimo wszystko tej naszej kasy było za mało. Skończyło się na jednym wyjeździe. Wycieczka się wróciła. Sprzedaliśmy trochę kawy , słodyczy , parę ciuchów. Modne były swetry szetlandzkie z haftowanym napisem "Montana".Prawdziwy hit tamtych czasów . Przez jakiś czas sama dumnie taką „Montanę” nosiłam . Z wyjazdu do Szwecji Ka przywiózł dla nas prawdziwy , elektroniczny aparat telefoniczny , z klawiaturą . Nie wielu wtedy takie miało, a jeśli już to przywożone z Niemiec , z wyprzedaży z chińskich sklepów , dość marnej jakości . Wciąż jeszcze królowały tarczowe „Bratki” i „Tulipany” . Z handlu jednak zrezygnowaliśmy, tym bardziej ,że Ka tych "fuch " miał coraz więcej i zaczęliśmy to odczuwać w portfelu. Na razie nieznacznie ale jednak. Teraz dopiero przydał się system pracy w dyżurach. Wolne dni przysługujące mu po nockach Ka wykorzystywał na działalność dodatkową , jeszcze nie zalegalizowaną
Wiosną P wciągnął nas do automobilklubu wielkopolskiego. Z początku niespecjalnie się tam udzielaliśmy . Nadal spotykaliśmy się z nim i jego żoną . Te spotkania były dość częste. W tamtych latach w ogóle prowadziliśmy intensywne życie towarzyskie. Piszę jednak więcej o tej akurat znajomości , bo okazała się dla mnie ważna . Dzięki tym kontaktom i sposobie w jaki P . odnosił się do mnie wyzbywałam się sporej części moich kompleksów. Przynajmniej tych ,które dotyczyły kontaktów z ludźmi .Mozolnie i bardzo powoli uczyłam się nie bać ludzi a nawet reagować na komplementy i rosła mi samoocena .
Nadal bałam się rozmawiać , ale coraz częściej ten strach przełamywałam.
Latem wyjechaliśmy znów w Bieszczady . Paliwo jeszcze na kartki , ale przez kilka tygodni je zbieraliśmy i mieliśmy jeszcze kilka dodatkowych litrów z kartek na motorower Romet, którym Ka już nie jeździł. Garbus miło nas zaskoczył. Pali bardzo mało na trasie.

niedziela, 13 stycznia 2013

Towarzysko


Odwilż „ wywołała swoistą reakcję łańcuchową . Podróże w celach handlowych spowodowały,że zaczęły powstawać firmy transportowe , przydrożne budki z jedzeniem i miejsca noclegowe . Handel samochodami uruchomił działalność usługową z tym związaną , ruszyła też produkcja części zamiennych , sklepiki i budki wymagały remontów i napraw więc i przed branżą budowlano – remontową otwierały się drzwi . I wreszcie ostateczny dowód ,że władza chce dobra obywateli : zezwolono na powstanie lokalnej prasy .
Tymczasem nasza znajomość z panem P rozwinęła się jeszcze bardziej, krótko po wakacjach. Ka kończył urządzenie , które robił dla jego kuzyna . Z tego powodu częściej się spotykali, jeździli razem sprawdzać działanie tego sterowania i poprawiać szczegóły. A ja przypadkiem poznałam i zaprzyjaźniłam się z jego żoną , choć jeszcze wtedy nie wiedziałam kim jest. Okazało się ,że synek pana P tez chodził do tego przedszkola co nasi i nic dziwnego , bo mieszkali w bloku obok. Jak się później dowiem był nawet w tej samej grupie co nasz młodszy. Z żoną pana P. poznałam się właśnie w przedszkolu; zwykle ja już z nimi wychodziłam , a ona wchodził żeby synka zawołać. Często zamieniałyśmy parę słów, aż kiedyś spotkałyśmy się obie przy domofonie. Trójka naszych dzieci wypadła do nas razem. W pierwszej chwili nie poznałam jej małego , widziałam go tylko raz w przychodni i to dość krótko . Dzieci zaczęły się nawzajem przedstawiać i wtedy ona pierwsza orientuje się w sytuacji. "Nasi mężowie chyba się dobrze znają " mówi do mnie. Zaczęło mi coś świtać ale spytam „skąd?” .” Razem pracują” - odpowiedziała , a potem dodała parę szczegółów. I wszystko staje się jasne . Faktycznie razem pracują , jeśli nie brać pod uwagę ,że jeden jest szefem a drugi podwładnym. Nie dała mi jednak tego odczuć , podobnie jak jej mąż. Ten problem dla nich nie istniał. Dla nas też nie za długo , ale z początku nie bardzo wiedzieliśmy jak się w tym odnaleźć . Nie było ogólnie przyjęte ,żeby dyrektor przedsiębiorstwa utrzymywał towarzyskie układy z podwładnym.
Od tego momentu zostaliśmy dobrymi znajomymi. Po paru dniach dowiedziałam się ,ze jesteśmy jej dobrze znani , bo pan P nie raz o nas opowiada .
Wizyty pana P u nas stały się już prawie zwyczajowe. Dla nas ta sytuacja wyglądała dość dwuznacznie, ze względu na współpracowników Ka. Nagle wyrośliśmy na nie wiadomo jak ustawionych . Nie dość ,że mieszkamy na terenie zakładu to jeszcze znajomość z dyrektorem . Koledzy gadają między sobą i trochę izolują się od niego. Ka zresztą nie zabiegał od początku o jakąś bliższą znajomość z nimi. Nie bardzo miał o czym rozmawiać i nie pił , a głównie do tego ostatniego sprowadzały się kontakty towarzyskie pomiędzy kolegami z pracy. Tymczasem zbliżały się kolejne święta i nowy rok , a krótko po tym ,Ka definitywnie skończy urządzenie sterujące do szklarni. Na razie nie mieliśmy pojęcia co z tego wyniknie i w którą stronę sprawy się potoczą. .  

piątek, 11 stycznia 2013

Nowe cd


Właściwie to „nowe „ nie tyle szło ,co sadziło już w naszą stronę wielkimi susami. Faktem jest,ze po wszystkich rygorach stanu wojennego w istocie czuło się „odwilż” jak to metaforycznie wówczas nazywały media. Złagodzono warunki przekraczania granic, obowiązywały wprawdzie paszporty, ale nie czekało się na nie już po kilka lat a tylko 2-3 tygodnie i nie trzeba ich było oddawać , przynajmniej nie te na Układ Warszawski i Berlin Zachodni – czy na te do pozostałych krajów Europy Zachodniej , nie wiem , bo nie korzystaliśmy. Świat nas nie pociągał. Uważaliśmy,że tu na miejscu możemy wiele zrobić i osiągnąć , a na wojaże w celach turystycznych nie było nas wówczas stać i nie zakładaliśmy nawet ,ze przyjdzie taki czas,że będzie. I tu znów Los zrobił nam psikusa, bo dziś zebranie potrzebnej kasy na opłacenie wycieczki zagranicznej nie byłoby jakimś wielkim wyczynem , ale ogranicza nas brak czasu . To już jednak inna bajka , do której wrócę niebawem.
W swobodnym przekraczaniu granic ludzie zobaczyli swoją szansę i natychmiast z niej skorzystali. Zaczynał się czas „handlowych wycieczek” do Berlina . W niezliczonych sklepikach , które nagle zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu, na straganach albo ot tak wprost z samochodów , najłatwiej było można kupić towar z berlińskich dyskontów; kawę , różne płyny i proszki do prania , słodycze , dziecięce odżywki , makarony , gotowe dania w puszkach , ciasta i egzotyczne dla nas owoce jak kokos czy kiwi i oczywiście , do niedawna poszukiwany papier toaletowy . Wszystko za odpowiednio wysokie ceny rzecz jasna. Te nasze krajowe rosły zresztą w szybkim tempie, szybko więc poziom cen się wyrównał . Wciąż podaż przewyższała popyt , wciąż można było sprzedać dosłownie wszystko. Niektórzy nastawili się na odzież lub drobne AGD . Te ostatnie zwykle były kupowane na wyprzedażach z azjatyckich sklepów za kilka marek. W narodzie , a w mieszkańcach naszego miasta w szczególności rósł i potężniał duch kapitalizmu a wyobraźnią zawładnęło widmo dobrobytu „takiego jak na Zachodzie”.W istocie było to widmo , bo nie wielu znało ten Zachód i tamtejsze warunki naprawdę , a wyidealizowany mit powstawał głównie na bazie przekazywanych opowieści. W tym czasie rozwinęły i rozrosły się giełdy samochodowe i handel artykułami motoryzacyjnymi oraz przydomowe warsztaty .Kto miał nieco większe zasoby finansowe , albo nie bał się ponad 60-punktowego oprocentowania kredytów ,brał się za branżę samochodową , która parę lat później doczekała się nawet piosenki – pastiszu w wykonaniu zespołu Dżipago pt. Giełda Samochodowa” , gdzie motywem przewodnim było osławione klepanie blach przed giełdą w przydomowym warsztacie. Tekst poniżej , a śpiewa się na melodię :”biełyje rozy”

Jak w każdą niedzielę, skoro świt
Gdy wstaje słoneczko
Jak pszczoły do ula z wszystkich stron
Tu zjeżdżają się
Jeśli sprzedać chcesz, lub kupić wóz
Masz szansę kolego
Lecz nim zjedziesz tu, upewnij się
Czy nie robisz źle

Ref.:
Kupujcie wozy, kupujcie wozy
Giełda od tego jest
Stare skarpety i nowe skody
Wszystko, co tylko chcesz
Ludzie zjeżdżają i przeszkadzają
Kręcą nosem co krok
Kto głupi jest i kupi grat
I stracił to, co zbierał przez rok

Na tydzień przed giełdą zgiełk i ruch
W warsztatach domowych
Tam każdy się stara, by stary trup
Wyglądał jak cud
Kto frajerem jest, nabierze się
I kupi choć drogi
I nim minie rok, niestety będzie
Szpachlować znów

Ref.:
Kupujcie wozy, kupujcie wozy
Giełda od tego jest
Stare skarpety i nowe skody
Wszystko, co tylko chcesz
Ludzie zjeżdżają i przeszkadzają
Kręcą nosem co krok
Kto głupi jest i kupi grat
I stracił to, co zbierał przez rok
Ceny wprawdzie nadal były wyższe niż w salonach , nawet auta używane przynosiły ogromne zyski , ale auta zaczęły być dostępne na wolnym rynku. Z początku tylko krajowe i sporadycznie zachodnie, ale były.
W publicznych mediach po raz pierwszy oficjalnie zaczęto transmitować Mszę Św. ,Pasterki z Watykanu i emitować koncerty kolęd z okazji Świąt Bożego Narodzenia, pojawiło się też więcej filmów amerykańskich i zachodnioeuropejskich. Wszystko po to ,żeby uspokoić nastroje , dać szarej ,pracującej masie poczucie,że się zmieniło na lepsze.
Na razie dość kulawo i nieudolnie , ale ruszyła z miejsca nasza własna gospodarka . Raz po raz zaczęły się pojawiać w sklepach produkty krajowe. A to jakiś piecyk, a to telewizor , to znów jakieś ciuchy , więcej spożywki . Półki sklepowe były wciąż jeszcze mało zasobne ale już nie puste. W zachodni szlif zaczęły też obrastać przydomowe ogródki i balkony , tu wisząca doniczka z pelargonią , tu równiutko przycięty żywopłot , tam wdzięczna kępka iglaczków stopniowo zastępowały swojskie malwy , astry i nagietki..
Zwrot ku lepszemu było już widać gołym okiem .

wtorek, 8 stycznia 2013

Nowe


W tym czasie w kraju i na świecie wiele się działo . Prawdę mówiąc nie wiele nas świat obchodził . Ważne było tu i teraz , codzienna walka o byt. A było o co walczyć . W wyniku rozmów i różnych posunięć kolejnych rządów , które miały nas wyprowadzić z kryzysu i poprawić nam obywatelom byt w kraju panował chaos i jakieś dziwne przemieszanie ustrojów. Już nie socjalizm a jeszcze nie demokracja i kapitalizm . Mówiono o „odwilży” , o prawach obywatelskich , powstawały nowe partie – co do tej pory było niemożliwe . Poza PZPR-erem egzystowały w Polsce jeszcze dwie : PSL skupiająca chłopów i SD ( Stronnictwo Demokratyczne ) , które skupiało intelektualistów – teoretycznie i dla nie poznaki . Nie znaliśmy chyba nikogo , kto do niej należał i nie dam głowy,ze w ogóle ktoś taki w Kraju był. Może z kilku partyjnych naukowców ? Ale tego nie wiedzieliśmy i do dziś problem pozostał nierozstrzygnięty. W połowie lat osiemdziesiątych było już kilka i kilka innych. Gdy chodzi o sprawy świata , interesowały nas wydarzenia kulturalne , premiery filmów – bo to było stosunkowo łatwo dostępne i kolejne peregrynacje naszego Papieża Jana Pawła II.. W Kraju jak wspomniałam zaczęto poprawiać nam byt, mówić o wolności gospodarczej , wolnych związkach zawodowych , poprawie koniunktury, ogłaszano amnestie dla więźniów politycznych, zaprzestano w końcu zagłuszania Radia Wolna Europa , dostarczano ludowi igrzysk w postaci sprowadzenia zespołów Metalica i Modern Talking i zaczęto stopniowo znosić karki na towary żywnościowe ; zaczęto od kawy , słodyczy i alkoholu. . Jednocześnie trwały aresztowania i internowania solidarnościowych działaczy i zapowiadano kolejne podwyżki cen . Właściwie na wszystko; bilety kolejowe, energię ,żywność i artykuły przemysłowe, węgiel i nawozy sztuczne , nawet leki. Kolejność i wysokość podwyżek była tylko kwestią czasu . W sprawie kontynuowania reform gospodarczych i regulowania zobowiązań zapowiadano referendum . Kolejne podwyżki dały się jednak we znaki większej części społeczeństwa, bo pensje nie wzrosły jakoś znacząco , a to co ludzie wywalczyli sobie przed stanem wojennym teraz straciło wartość - zwyczajnie i po prostu szalała inflacja , ale tego ludzie nie rozumieli . I nic dziwnego – nie wielu było w Kraju takich , którzy dysponowali jakąś wiedzą ekonomiczną inną od założeń gospodarki planowej i transakcji w rublach transferowych. Przez kraj przetoczyła się kolejna fala strajków – wielomiesięczna . Niezależnie od wszystkich trudności , braków i chaosu , w narodzie budził się duch przedsiębiorczości. Na szaberplacach w Niemczech Zachodnich i pod Pewexami rodziły się fortuny późniejszych nuworyszy. Co obrotniejsi już widzieli w zmianach swoją szanse na przyszłość. Dojrzewał w społeczeństwie obraz kraju wolności gospodarczych . Panowało przeświadczenie,że obalenie socjalizmu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sprawi ,że w Kraju zapanuje natychmiast dobrobyt i powszechna szczęśliwość. Rozczarowanie przyjdzie dopiero za kilka lat , na razie w naród wstąpiła nadzieja . Na fali tej radosnej euforii i wiary w lepsze jutro ugruntowało się przyzwolenie na zmiany i zgoda na wyrzeczenia . Powszechnie wierzono,ze już niedługo będzie lepiej. Na swój sposób temu nastrojowi ulegli niemal wszyscy i wyczekiwał każdy. To wyczekiwanie zdawało się wisieć w powietrzu niczym mgła w jesienny poranek . Pokolenie naszych rodziców i dziadków zmian nie chciało .Przyzwyczajeni do opiekuńczej roli Państwa i nieomylności władzy chwalili stary porządek rzeczy . Nowy nie mieścił im się w głowie. Nie chcę uogólniać, bo byli i otwarci na zmiany ale większość była jednak na nie. A nowe szło już bardzo wielkimi krokami.  

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Codzienność


Za pozostałą do wykorzystania kwotę kredytu MM kupiliśmy czarno - biały telewizor. Innych i tak nie była ( chyba ,że czasem pojawił się gdzieś radziecki rubin, ale to była rzadkość , a poza tym zdarzało się ,że stawały w płomieniach więc jakoś szczególnie nam się do kolorowego nie ckniło) , a ten kawalerski męża ciągle się ostatnio psuł. Ka naprawiał go co parę dni, ale na niewiele się to zdawało. Po tym zakupie zostały nam jakieś " grosze ", które wydałam na komplet pościeli i jeszcze do tego dopłaciłam. Nowy telewizor zajął miejsce po poprzednim , na skrzyni do butów. W tamtej chwili wydawało się ,że mamy już wszystko i nie wiele nam do szczęścia ( czytaj stabilizacji) brakuje. Zbliżało się lato .
Okazało się ,że zachowałam prawo do urlopu. Latem wyjechaliśmy więc ponownie do naszych znajomych w Bieszczady. Ucieszyłam się , bo mimo wszystko wolała pracę w szkołach z dziećmi, choć w warunkach trudnych niż jako rejestratorka w przychodni, a tylko to mogłam robić jeśli wypadło mi iść na zastępstwo do poradni innej niż dziecięca. Pobyt w Bieszczadach upłynął w rozrywkowej atmosferze i zdecydowanie za szybko. Świat odległy od naszego , inna mentalność , inny styl życia .
Po wakacjach dzieci poszły do przedszkola. Nie przyjęto ich do tego , gdzie złożyliśmy dokumenty , tylko do innego , które właśnie powstało w dawnej bursie naszego LO. Nawet dobrze się stało , bo było bliżej domu i zaledwie i paręset metrów od miejsca skąd odjeżdżały autobusy , którymi dojeżdżałam do szkół. Starszy synek bez problemu zaaklimatyzował się w przedszkolu, młodszy płakał , jak zresztą większość dzieci. Nie chciał bez mamy choć tłumaczyłam mu,że po pracy po niego przyjdę. Panie przedszkolanki , na początek pozwoliły mu być z bratem i po kilku dniach mały tez się przyzwyczaił, zwłaszcza, że smakowały mu przedszkolne obiadki , a jeść to on bardzo lubił w przeciwieństwie do brata.
Na piątą rocznicę ślubu matka dała nam komplet chińskich garnków. Niedawno pojawiły się takie w sklepach.. Przy całej jej złości do nas , o rocznicach ślubu pamięta i prezenty dostawaliśmy od niej co roku aż jeszcze przez wiele lat.Garnki okazały się całkiem solidne i posłużyły nam aż do połowy lat 90-tych . Ka kupił mi delikatny złoty pierścionek z maleńkim jak łebek od szpilki szmaragdzikiem. Mam go do dziś, choć ostatnio nie zakładam , bo przestał na mnie pasować ( cóż przybyło mi trochę kilogramów) . Mąż nie rozpieszczał mnie wtedy prezentami, ale jeśli kupował to zawsze cenne

niedziela, 6 stycznia 2013

Meblościanka


Następnym naszym , większym nabytkiem były meble , a konkretnie zestaw młodzieżowy - tzw. meblościanka. Meblościanki były hitem meblarskim PRL-u . Robili je wszyscy producenci , prywatnej inicjatywy ze Swarzędza nie wyłączając, aczkolwiek „Swarzędz” był dobrem luksusowym, zazwyczaj wykonanym z drewna dębowego a nie płyty wiórowej lub paździerzowej a jeśli już to oklejany fornirem i szlifowany na wysoki połysk. Często wykorzystywano do produkcji forniru naturalną strukturę sęków . Taki meblościan w sęki ze Swarzędza to dopiero było coś ! Mogli sobie na nie pozwolić tylko najbogatsi prywaciarze albo partyjni bonzowie. Dla reszty pań domu były obiektem marzeń i pożądania. Mnie się nie podobały , ani meblościanki jako takie , ani z sękami i na wysoki połysk tym bardziej , nie mniej uważałam je za praktyczne. Miały niezliczoną ilość mniejszych i większych szaf, schowków i szuflad , zwykle mieścił się tam również barek i szafa do rzeczy a w niektórych nawet biurko albo specjalne miejsce na płyty – w tamtym czasie oczywiście winylowe , a to miało tę zaletę ,że dużo się w nich mieściło . Meblościanki i ławy pojawiły się w połowie lat 70-tych i do końca dekady upowszechniły tak dalece,że mieszkania w wielopoziomowych blokach były niemal identyczne : na ścianie graniczącej z mieszkaniem sąsiada meblościanka, na przeciwnej wersalka , pośrodku ława i dwa fotele. Na witrynkach meblościanki kryształy Rzadko kiedy ktoś wykazywał się fantazją i urządzał blokowe mieszkanie inaczej . Kolorystyka też niemal się nie różniła : olcha , jesion , jasny orzech dąb – oczywiście nie autentyk , ale „jesiono” i „olcho” , czy też „orzecho”- podobne . Mnie już wtedy marzyły się meble sosnowe – przed kryzysem czasem można było takie spotkać w nielicznych prywatnych sklepach meblowych , albo jeśli już miałabym postawić meblościankę to czarną , matową - ku zgrozie rodziny w tym i mojego męża , który w młodości , choć lubił rzeczy dobrej jakości i ładne , zmysłem awangardy pochwalić się nie mógł i przemawiały do niego wyłącznie wzory ogólnie przyjęte i powszechnie stosowane, najlepiej takie jakie miał w domu rodzinnym; segment Kowalskiego na wysoki połysk, a la perski dywan i wersalka w kolorach brązowych lub bordowych na tle piaskowych ścian. Jednym słowem : nudny standard, którego ja nigdy nie akceptowałam . Jeśli godziłam się nań , to dlatego,że z powodu braków w zaopatrzeniu nie miałam większego wyboru. Kupiliśmy więc meblościankę ,przeznaczoną do pokoju młodzieżowego. Miała jedną , wielką zaletę : składała się z pojedynczych elementów , a nie jak większość wtedy występujących meblościanek , tylnej ściany wspólnej i montowanych do niej segmentów. Jak to często wówczas bywało , nasz zakup nie był planowany. Zadecydowała o tym okazja.
Towaru w sklepach było już nieco więcej , szczególne artykułów spożywczych , kosmetyków i środków czystości. Na inne nadal trzeba było – „polować”. Łatwiej było kupić na książeczki MM . Któregoś dnia wracając z mojej wiejskiej pracy w terenie przechodziłam koło domu towarowego. Tak, tak , istniały wtedy jeszcze te relikty realnego socjalizmu jakim były domy towarowe. W głębi wielkiego , pustego sklepu stały dwa komplety meblościanek i kilka wersalek. Weszłam .Grzecznie zapytałam czy mogę kupić na kredyt dla młodych małżeństw. Oczywiście tylko trzeba wpłacić 5% .Ba, wpłacić , ale skąd wziąć , jak w portfelu tyle co na mleko i chleb , a do wypłaty jeszcze trzy dni? Za trzy dni już może tych mebli nie być. Wpadłam na pomysł ,żeby pożyczyć od teściowej, poprosiłam panią ekspedientkę ,żeby mi przez pół godziny nie sprzedała , zgodziła się bez żadnych fochów - co samo w sobie było cudem w tamtym czasie , bo klient w sklepie był niczym więcej jak utrapieniem sprzedawcy i zamiast do przychodni kontynuować dzień pracy pobiegłam do banku gdzie pracowała teściowa . Pożyczyła chętnie , zeszła tylko do kasy, żeby wyjąć z konta , bo też czekała na wypłatę. Po półgodzinie mebelki były moje. Od razu wynajęłam też taksówkę bagażową ( a jakże , były takie w naszym mieście , bo już wtedy co obrotniejsi zaczynali brać sprawy w swoje ręce , nim jeszcze hasło padło oficjalnie), która nam je przywiezie około 17.30, jak Ka skończy pracę. Mebel był dość drogi , ale porządny:, wprawdzie z płyty wiórowej ale w prawdziwej okleinie drewnianej , co było pewnym luksusem w tamtych czasach jak wspominałam . Zwykle okleiny były papierowe imitujące fakturę drewna, ale też meble były tańsze. Te nasze składały się z dwudrzwiowej szafy z nadstawką , dwóch regałów , po części zamykanych, szerszych i jednego węższego. Jest tez biurko i część z przegródkami na płyty winylowe. Nasze dzieci oczywiście musiały zobaczyć jak meble przyjechały żukiem i jak je potem wyładowywano i wnoszono na górę. Od tego dnia młodszy synek wszystkim powtarzał, że jak będzie duży to kupi sobie żuka i będzie woził szafy.. Przez kilka lat był to dla niego najwspanialszy zawód świata. Po wstawieniu mebli do 14 metrowego pokoju miejsca jest znacznie mniej , ale zniknęły wszystkie kartony i stery książek, leżące dotąd na podłodze. Nie dało się ich ustawić w jednym rzędzie pod ścianą. Rozstawiłam je więc w trzech różnych miejscach, ale tak było i ładniej i wygodniej i na dodatek powstał dodatkowy kącik , bo segment z biurkiem , który do tego użyłam po części zasłonił wnękę . Tam swoje królestwo urządził sobie Ka. Taki mały warsztat. Zmieściły się tam też jego fachowe książki i czasopisma. Jeszcze nie wiemy,że za kilka lat w tej niepozornej wnęce za szafą zacznie się nasza przygoda z biznesem . A meblościanka , pomniejszona o szafę do rzeczy służy nam do dzisiaj. Stoi w pracowni męża i jakoś upływu czasu specjalnie po niej nie widać.

sobota, 8 grudnia 2012

Na swoim cd


Na zdjęciach z Gwiazdki 1985 widać nasze puste ściany , kraciasty narożnik i choinkę. Ta ostatnia jest sztuczna , ze sterczącymi sztywno gałązkami i rzadkimi foliowymi igiełkami. Brzydki, 'wyliniały ogigiel” jak się tu u nas mówi , ale nasz własny . Ostatnie dni roku upłynęły w spokojnej atmosferze . Nikt nie krzyczał, nie obrzucał wyzwiskami , sytuacja prawie nie do uwierzenia . Zaraz po nowym roku zaczęłam pracę. Wolałabym wprawdzie jeszcze trochę pobyć z dziećmi , ale trudno . Praca na miejscu ważniejsza, nie prędko mogła się trafić taka okazja. Okazało się jednak ,że nie tak całkiem na miejscu , bo pielęgniarka naczelna przydzieliła mi szkoły wiejskie. Nadal dojazdy z tą tylko różnicą, że szkolnymi autobusami. Powrót we własnym zakresie , zwrot kosztów dojazdu na podstawie delegacji; w praktyce , jeśli kasa miała na to pieniądze , a zwykle nie miała jak się miało niebawem okazać. Wróciłam do pracy w momencie gdy zarobki w służbie zdrowia znów były najniższe w kraju, po chwilowej podwyżce wywalczonej w roku 1980 i 81 strajkami. Prawie cała moja pensja szła na wynagrodzenie opiekunki. Pocieszaliśmy się myślą ,że tylko do czasu aż dzieci pójdą do przedszkola.
Praca jak praca. Robiłam swoje , chociaż nie było to to , co miałam w starym miejscu a warunki urągały wszelkim normom . W żadnej ze szkół nie było gabinetu, sprzęt do szczepień zabierało się ze sobą i szczepiło w klasach , w warunkach zupełnie do tego celu nieprzystosowanych. Ot po prostu na stole nauczycielskim rozkładało się serwety , sterylizatory ze strzykawkami i igłami oraz szczepionki , lekarz siadał obok i pobieżnie badał dzieci kwalifikując do szczepienia , ja wykonywałam zastrzyk, potem wpisywałam symbol szczepionki i datę na kartę szczepień . Podobnie wyglądały badania okresowe i bilanse. Na szczęście na taki wyjazd na szczepienia albo badania wolno mi było zamawiać karetkę . W takich .Dokumentację medyczną nie wypełniano od lat. Pracy więc na samym początku miałam bardzo dużo, ale mi to nie przeszkadzało. Lubiłam pracować , lubiłam kontakty z dziećmi i nawet z personelem szkół udawało mi się zaprzyjaźnić . Porządek w tym wszystkim zaprowadziłam szybko . Opracowałam sobie też plan pracy i posunęłam się nawet do tego żeby go omówić z dyrektorami szkół i za ich akceptacją konsekwentnie realizować . Okazało się ,że zapunktowałam . Szczególnie w oczach pewnego dyrektora „starej daty” znanego z tego,ze jest wymagający i nie można się z nim dogadać. Ja się dogadałam od razu , bo podobnie jak on okazałam się wymagająca i poważnie traktująca to co robię a jemu to bardzo odpowiadało. Świetnie nam się razem współpracowało a w zozie zaczęły krążyć legendy o tym jak to sobie radzę . Potem były już tylko bieżące sprawy i dużo wolnego czasu . Wracałam do miasta tak jak kończyły się lekcje w szkołach czyli ok. 13. Resztę godzin spędzam w poradni dziecięcej . Pracowały tam same starsze kobiety . Szybko mnie jednak zaakceptowały i wcale nie źle nam się współpraca układała, mimo moich problemów z nieśmiałością i nawiązywaniem kontaktów. Traktowały mnie trochę jak przyszywaną wnuczkę. Polubiłyśmy się nawet . Pomagałam im w pracy choć wcale to nie należało do moich obowiązków i piekłam im pierniki na święta, wymieniałyśmy się przepisami na różne dania z niczego , bo wciąż jeszcze było trudno o dobrej jakości zaopatrzenie i pamiętały o mnie kiedy udawało im się kupić kawę czy słodycze. Gorzej było z szefową . Nie powinno się źle pisać ani mówić o zmarłych , ale nie była typem szefa z autorytetem. Posłuch wymuszała nakazami , była wyniosła i podwładnym dawała odczuć , że to ona się liczy a podwładny ma znać swoje miejsce. Ciężko mi się było z nią porozumieć. Problem z nawiązywaniem kontaktów pociągnie się za mną jeszcze długo. Takich pozostałości po moim życiu w domu rodzinnych miałam więcej. Do dziś zresztą mi to zostało. Załamuje mnie każda nawet najdrobniejsza wpadka , żle znoszę uwagi krytyczne , nie umiem swobodnnie rozmawiać z ludźmi, nie umiem się bronić a niepowodzenia sprawiają ,że tracę motywację do działania, brak mi pewności siebie . To fatalne cechy , których tak naprawdę nie przełamałam do końca do dnia dzisiejszego choć zdaję sobie sprawę ,że wiele zmieniło się na lepsze.
Teraz dopiero żyliśmy swobodnie i po swojemu. Dużo czasu poświęcaliśmy naszym dzieciom. Czasy schyłku gospodarki planowej a co za tym idzie ustroju socjalistycznego miały tę zaletę,że czasu było dużo . Nie istniał wyścig szczurów , nie było presji konkurencji . Miało to przełożenie na życie rodzinne i towarzyskie . Nasi chłopcy taty prawie nie odstępowali , szczególnie wtedy kiedy ,majstrował przy elektronice. Od czasu do czasu musiałam iść z nimi do rodziców , bo chcieli do dziadka. Za babcią za bardzo nie tęsknili. Ka w dni , w których nie ma dyżurów robił zlecone urządzenie lub wymyślał jakieś wnioski racjonalizatorskie , za które zakład dodatkowo płacił, czasem wyjeżdżał na szkolenia. To też było nagradzane dodatkowymi pieniędzmi. Dzięki temu nie narzekaliśmy na warunki materialne. Jeszcze nie , bo na razie wszystko funkcjonowało jak dawniej , a widmo kryzysu i dwucyfrowej inflacji dopiero się czaiło . Mogliśmy sobie pozwolić na kino, kupno książek czy zabawek dla dzieci, jakiś wyjazd do zoo, albo na inną wycieczkę. Jak w każdym małżeństwie zdarzały się i nam jakieś nieporozumienia . Miewałam gorsze dni , kiedy czułam się nie doceniona i niepotrzebna , zdarzało się ,że i Ka miał o coś pretensje do mnie, „spinki” bywały bardzo ostre , ale teraz kiedy o tym piszę właściwie nie umiem już określić czego tak naprawdę te nieporozumienia dotyczyły. Szybko zresztą o nich zapominaliśmy. W łóżku było nam tak dobrze ,że wszystko inne się nie liczyło. Teraz dopiero mogliśmy czuć się swobodnie i kochać na wszelkie możliwe sposoby jakie tylko udało nam się wymyślić. Często na jednym razie się nie kończyło. Obecność dzieci za ścianą wcale nam w tym nie przeszkadzała , a i wpadki z wtargnięciem ich do naszego pokoju w trakcie zabawy jakiegoś złego wpływu nie miały. Nie krzyczeliśmy , nie wyganialiśmy ich z pokoju w panice; spokojnie i po prostu na pytanie „ co robicie ?” odpowiadaliśmy ,że się kochamy . Dzieciom natychmiast uśmiechały się buzie i grzecznie oznajmiały „aha , dobrze, to my idziemy spać „ i rządkiem w ustalonym porządku starszy przodem , młodszy za nim maszerowali na swoją kanapę. Ten czas, był dla nas pod każdym względem szczęśliwy. Nadal podobałam się Ka i dawał mi to odczuć , choć wciąż nie rozpieszczał prezentami i nadmiarem ciepłych słów. Ja zachowywałam się podobnie, nawet bardziej powściągliwie niż on . Nigdy zresztą nie mieliśmy zwyczaju przesadnie obnosić się ze swoją miłością. Jeśli już to tylko w u siebie w domu. Dzieci to obserwowały a ich reakcja na nasze przytulenia , była taka, że od razu biegły do nas i wpychały się nam na kolana domagając pieszczot, a potem opowiadali babciom i dziadkowi ,że " tata mówi do mamy kochanie i mama mówi do taty kochanie" .
Od chwili kiedy wyprowadziliśmy się z domu matka straciła jeden obiekt do atakowania , od tego momentu całą złość przeniosła na ojca. Bywały dni kiedy miał jej dość tak bardzo ,że uciekał z domu. Przychodził do nas w odwiedziny, albo zabierał gdzieś dzieci , byle tylko pobyć z dala od niej. Po raz drugi doradziłam
mu rozwód. Ojciec jednak nie chciał o tym słyszeć. Rozumiałam i szanowałam jego wybór , ale widziałam ,że ta sytuacja męczy go i że coraz częściej ją odchorowuje. Wytrwał w niej jeszcze tylko 12 lat .

Już od czasu , kiedy przyszedł do nas ze zleceniem dla Ka ,odwiedzał
nas co jakiś czas jego dyrektor. Tak po prostu wpadał po pracy ,żeby porozmawiać. Z początku nie bardzo wiedzieliśmy co o tym myśleć , po jakimś czasie jednak sam przyznał ,że niewielu ludzi w mieście zna (poza kontaktami służbowymi), bo dopiero od kilku lat tu mieszka , a z nami mu się dobrze rozmawia, a poza tym lubi dzieci i sam ma synka w wieku naszego młodszego. Częstowałam kawą , czasem czymś słodkim jeśli akurat miałam i rozmawialiśmy. Z Ka o różnych sprawach , czasem o elektronice, czasem o samochodach , filmach , które obaj lubili oglądać , albo innych sprawach interesujących mężczyzn. Ze mną o książkach , wybrykach dzieci, a oprócz tego mówił mi komplementy i był po staroświecku szarmancki. Z początku nie wiedziałam jak na to reagować. Deprymowała mnie ta sytuacja. Dotąd komplementy od czasu do czasu mówił mi Ka, nikt inny, z innymi mężczyznami rozmawiam tylko o sprawach służbowych w pracy , znajomych płci męskiej z którymi rozmawiałabym , a nie tylko odpowiadała   dzień dobry nie miałam w ogóle. Od razu zostałam też panią Haneczką . Do Ka zwracał się po imieniu, on do niego panie P, w końcu mówił do przełożonego. Znajomość rozwinie się szerzej jeszcze tego samego roku , tymczasem jednak kończył się kwiecień 1986 . Pewnej niedzieli tuż przed obiadem zadzwonił telefon - pielęgniarka naczelna wzywała mnie natychmiast do pracy .Sytuacja zapowiadała się groźnie skoro szefowa osobiście chwyciła za słuchawkę. Dowiedziałam się ,że organizują akcję podawania płynu Lugola. Od niej dowiedzieliśmy się o wybuchu w Czarnobylu. Telewizja wciąż jeszcze na usługach przewodniej siły narodu milczała w tej sprawie . Po godzinie byłam gotowa. Ka miał nockę , nie było problemu z opieką nad dziećmi , a ja poszłam pomagać. Po mieście jeździł samochód milicyjny z megafonem informujący mieszkańców o konieczności stawienia się z dziećmi w przychodni. Ka przyszedł z naszymi dziećmi ,nasz nowy kolega pan P. ze swoim synkiem. Jakoś tak się stało ,że spotkali się w poczekalni. Weszli razem Ciężko dzieci przekonać żeby spokojnie wypiły to paskudztwo , nie tylko nasze . Darło się i protestowało prawie każde. Jakoś udało mi się namówić do tego całą trójkę . Wypili ale wrzeszczeli potem jeden przez drugiego ,że niedobre. Wróciłam tego dnia o 22.00 . Mąż zabrał dzieci na kilka godzin na dyżur . Mój srebrny komplet biżuterii, wisiorek i kolczyki w kształcie kwiatów jabłoni , który Ka kazał zrobić specjalnie dla mnie na rocznicę ślubu ,zrobił sie granatowy od oparów jodu. Nie pomyślałam ,żeby go zdjąć . Dało się go doczyścić ale przestał błyszczeć. Akcja podawania płynu Lougola , który miał zapobiegać skutkom wybuchu trwała jeszcze trzy dni . Jeździliśmy po szkołach i ośrodkach wiejskich i częstowaliśmy dzieci tym świństwem. Co do skuteczności mam mieszane uczucia. Może gdyby podano zanim opad radioaktywny dotarł w postaci chmury na nasz teren , ale informacje o wybuchu przyszły z opóźnieniem , władza skutecznie ograniczała przepływ informacji. Następnego roku w ogródku kuzynki zakwitły tulipany , te same, które rosły wcześniej tyle,że ich kielichy miały po 25cm wysokości ! W ciągu kolejnych lat , szczególnie w moim roczniku wzrosła ilość zachorowań na tarczycę. Wybuch miał zapewne jakieś swoje następstwa , choć dla przeciętnego śmiertelnika mało zauważalne.