piątek, 20 kwietnia 2012

Jeszcze o relacjach - tak zwanych


W tamtych latach nikt jeszcze nie słyszał o czymś takim jak dyskoteka . Dorośli chodzili na dancingi , dla dzieci i młodzieży urządzano tańce w szkole, baliki w przedszkolach , czasem z okazji Gwiazdki w zakładach pracy rodziców. Na zabawy do szkoły chodziłam , bo nie można było nie przyjść na imprezę organizowaną w szkole. Niestety nigdy nie byłam sama . Najpierw z niewiadomych przyczyn ( bo przecież do szkoły sama chodziłam ) zaprowadzała mnie matka i po zabawie po mnie przychodziła , czasem wysyłała ojca , a potem kiedy już byłam w starszych klasach przychodziła sprawdzić czy jestem na zabawie . Nie mogę powiedzieć żebym się dobrze kiedykolwiek bawiła na tych zabawach. Zwykle siedziałam pod ścianami, co oczywiście było powodem urządzenia przez matkę kolejnej awantury , „bo nikt mnie nie chce , nie lubi , ja nie umiem się bawić „ i td. Tak tragicznie nie było, chociaż powtarzane w kółko takie frazy zapadały mi w głowie i podświadomie przyjmowałam to za prawdę . Z drugiej strony , kto by chciał się ze mną bawić na oczach mojej matki czy ojca , nawet na szkolnej zabawie? Stałam się jedynie powodem do żartów i docinek. Na końcowej zabawie z okazji zakończenia szkoły podstawowej nie było lepiej. Matka w połowie przyszła sprawdzić czy jestem . Czułam się głupio.
Jakimś cudem tolerowała moich znajomych. Czasem ktoś z paczki po mnie wpadał do domu , czasem przychodzili po lekcje , albo jakieś książki , zapraszała do mojego pokoju ale miała zwyczaj wpadać co chwilę do nas , bo „coś tam ...”, albo wołać mnie do kuchni , bo „coś tam...”, np. za głośno się śmiejemy, muzyka nie taka albo coś – każdy powód był dobry – oczywiście jeśli akurat była w domu, albo zdarzyło jej się dojechać . Po wyjściu moich znajomych koniec był zawsze taki sam. Wrzaski i wyzwiska. Starałam się nie zapraszać nikogo do domu popołudniami, bo nigdy nie było wiadomo jak to się skończy i wolałam ,żeby nikt nie wiedział o tym co się u mnie dzieje, często więc spotykaliśmy się u mnie zaraz po szkole albo przed lekcjami jeśli wypadały później.
Z upływem lat coraz gorzej znosiłam atmosferę w domu i ograniczony kontakt z rówieśnikami. Zamknęłam się w sobie i dosłownie : w swoim pokoju. Czytałam , pisałam raplutaż i opowiadania , był moment,że próbowałam wiersze ale nie byłam z nich zadowolona i dałam sobie z tym spokój. Ojciec czytał te same książki co ja więc często ucinaliśmy sobie dłuższe dyskusje , czasem chodziliśmy na spacery , bywało,że opowiadał o swojej młodości i wybrykach w towarzystwie braci i kolegów ze wsi , potem ze szkoły. Razem zajmowaliśmy się naszym hobby czyli czytaniem Trylogii , rozwiązywaniem krzyżowek i zbieraniem starej broni i innych antyków. Kolekcja nie była imponująca , zaledwie kilka ciekawych okazów .Nadal jeździłam z ojcem na zawody strzeleckie i festyny zakładowe , w lecie kiedy przyjeżdżał na kilka dni do babci chodziliśmy na grzyby , maliny i jagody, pomagałam mu w pracach remontowych przy domu i ogrodzie i jeśli tylko matki nie było w pobliżu całkiem dobrze nam się układało. Co innego w domu. Niby było dobrze, ale jak tylko matka podnosiła głos na mnie , ojciec najczęściej brał jej stronę i zbierałam z obu stron. Nie rozumiałam dlaczego... Po latach doszłam do wniosku, że może gdyby ojciec miał inną kobietę , byłby zupełnie innym człowiekiem . To akurat zaczęło docierać do mnie kiedy dobiegałam lat 18-tu.
Za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju ( nadal nie mogłam go urządzić po swojemu , podobnie jak kupić sobie ciuchów takich jak bym chciała – matka uznawała tylko granatowe , niebieskie i czerwone i nawet jeśli zabrała mnie kiedyś na zakupy i tak wymuszała swoje ) spędzałam teraz większość czasu. Jeśli się nie uczyłam , to czytałam , wyszywałam lub pisałam i niemal bez przerwy słuchałam muzyki. Gramofon stał w niby moim pokoju , płyty również więc do woli mogłam korzystać. Oczywiście nie żadne „pocztówki dźwiękowe „ z targu , które matka kupowała w ilościach hurtowych – 90% to było jakieś niegdysiejsze „disco polo” w wykonaniu zespołu czy też orkiestry pod nazwą „Mały Władziu” . Koszmar dla mojego dość wrażliwego ucha i jako – tako wyrobionego gustu. Ja włączałam sobie płyty Okudżawy i Wysockiego i muzykę klasyczną. A że nastroje zawsze miałam dość mroczne to kaliber wybierałam cięższy . Symfonie Bethovena , koncerty skrzypcowe Bramhsa , Griega , Czajkowskiego , Bacha itp. - w tonacjach molowych. Po jakimś czasie zauważyłam ,że ta muzyka jest mi w stanie zapewnić spokój. I to dosłownie. Wystarczyło tylko zrobić głośniej a najdalej za pół godziny – nawet w środku największej awantury ojciec wychodził z domu , a matka zamykała się w łazience i uruchamiała pralkę.   

czwartek, 19 kwietnia 2012

Dorastanie

 Moje zainteresowania związane z historią , z biegiem lat zaczęły nabierać wymiaru materialnego . Mniej – więcej w klasie V szkoły podstawowej odkryłam , że istnieje zawód archeolog . Uznałam ,ze to będzie coś odpowiedniego dla mnie. W miarę jednak rozwijania pasji poznałam i inne zawody związane z historią ; konserwator zabytków, archiwista , historyk sztuki , pracownik muzeum, nauczyciel historii itp. Miałam trudny wybór , z czasem jednak doszłam do wniosku, że chciałabym skończyć studia historyczne i pracować naukowo w tymże kierunku, pisać książki , analizować i opracowywać teksty źródłowe. Właściwie od początku najbardziej fascynowała mnie epoka średniowiecza i początki polskiej państwowości , z czasem zaciekawiły mnie sprawy związane z życiem codziennym i obyczajami oraz rzemiosłem i wojskowość. To ostatnie budziło co najmniej zdziwienie jeśli zdarzyło mi się do tego przyznać , bo jak to dziewczyna i wojsko ? Jakoś wówczas takie zainteresowania do płci damskiej nie pasowały . Mnie pasowały . Wiedzę zdobyłam na ten temat dość gruntowną . W czasie kiedy moje koleżanki czytywały Siesicką i Nienackiego , ja sięgałam po Kuchowicza, Bystronia i Jasienicę . Wtedy w ogóle dużo czytałam , również powieści , książki przygodowe , pamiętniki , pitawale, klasyków i wszystko co wpadło mi w ręce nie wyłączając statusu PZPR, Konstytucji PRL , Żywotów Świętych ( opasłe tomisko wydane w 1898 roku) , książek o teorii Darwina i sycylijskiej mafii .
Będąc w klasie VII już wiedziałam ,że wybiorę liceum ogólnokształcące , profil humanistyczny a potem studia na UAM -mie w Poznaniu ,na kierunku historycznym. Takie miałam plany i przekonanie,ze je zrealizuję.
Weszliśmy w wiek dorastania , szaleńcze zabawy zastąpiły spotkania na podwórkowej ławeczce , albo trzepaku , jeśli ławka była zajęta i rozmowy. O filmach , hobby , planach na przyszłość , pojawiły się pierwsze sympatie i niewinne flirty. Wciąż jeszcze trzymaliśmy się razem w naszej podwórkowej paczce. Niby było tak samo , ale jednak inaczej . Ja byłam jakby trochę z boku. Nie specjalnie interesowały mnie ciuchy , szminki i chłopaki , w głowie miałam co innego . Ich z kolei nie interesowały najnowsze odkrycia archeologiczne czy budowa łuku refleksyjnego. Miałam coraz mniej wspólnych tematów, słuchałam innej muzyki , czytałam inne książki , traciłam kontakt ze swoją paczką. Było mi trochę przykro. Trzymałam się z nimi , bo samotność mi dokuczała , często po prostu byłam z nimi , ale milcząco przysłuchiwałam się rozmowom albo „bujałam w obłokach” .
Z powodu eksperymentu edukacyjnego zostałam po klasie siódmej przeniesiona do nowo powstałej klasy złożonej z uczniów po części z istniejących w naszej szkole klas , po części z uczniów z klas wiejskich. Trudno mi było zaakceptować aż tak daleko idąca zmianę . Wpłynęło to na mnie jeszcze gorzej, moje kompleksy po raz kolejny się pogłębiły tak dalece, że nawet wysłowić się poprawnie było mi trudno. Co innego napisać , tę umiejętność rozwinęłam . Z pewnością przyczyniło się do tego i pisanie opowiadań i prowadzenie dziennika i wymagania nauczycieli.
Nie ma jednak tego złego , co by na dobre nie wyszło – jak mówi przysłowie. Nawiązałam kilka nowych przyjaźni i trafiłam na fajnych nauczycieli . Do klasy dołączyła R. z pobliskiego Obłaczkowa. Jakoś tak od razu się polubiłyśmy i tak już zostało na ładnych kilka lat. Trudno powiedzieć dlaczego; może z powodu zbliżonych zainteresowań. R. czytała pewnie jeszcze więcej ode mnie, pisała wiersze , świetnie się uczyła i podobnie jak ja wybierała się do liceum na profil humanistyczny , z tą różnicą, że ją pasjonowała literatura. Podwórkowa paczka zmieniła skład. Zostało nas troje: B , z którą nadal siedziałyśmy w jednej ławce nieprzerwanie od klasy I i W. kolega z sąsiedniego bloku – miał to szczęście ,że został w swojej klasie , w której zaczynał naukę .W był obiektem westchnień większości dziewczyn w naszej szkole i nie tylko. Niektóre chyba nawet trochę nam B i mnie zazdrościły tej zażyłości z nim. Nie było po prawdzie czego , bo W nie wykazywał zainteresowania płcią damską , a z czasem okazało się ,że woli chłopaków.
Fakt, że W jest odmiennej orientacji jakoś przyjmowaliśmy jako rzecz oczywistą . Nikomu do głowy nie przyszło go szykanować czy unikać . On po prostu taki był i tyle. Jak to się działo, że my młodzi ludzie o tym wiedzieliśmy i akceptowaliśmy ten fakt , a nie dotarło to do naszych i jego rodziców wyjaśnić nie potrafię. Moi i jego rodzice snuli nawet wspólne plany . Kiedyś jego ojciec całkiem poważnie powiedział ( w mojej obecności zresztą ), że jeśli W się ze mną ożeni , to on nam kupi nowego Poloneza – auto w latach siedemdziesiątych luksusowe i pożądane. Moja matka rosła w oczach , bo przecież w taką bogatą rodzinę wejdę i już mnie widział w tym polonezie , a ojciec obrócił w żart . Ja milczałam obrażona a kiedy już zostaliśmy sami powiedziałam rodzince „ niedoczekanie „ . W o zdanie nikt nie pytał.
Trzymał z nami właściwie nie wiadomo dlaczego. Do tej naszej paczki dołączyła koleżanka z nowej klasy O , którą też przeniesiono , kolega P z Gutowa i R. Spotykanie się w powiększonym gronie nie było trudne . Wszyscy byliśmy w posiadaniu własnych środków lokomocji w postaci rowerów , jeździły autobusy , no i mieliśmy własne nogi . Teraz z perspektywy lat tamten czas wydaje mi się ekscytujący , mam jednak poczucie ,że wiele przeszło obok mnie. To wtedy zaczytywaliśmy się poezją , odkrywaliśmy ballady Okudżawy i Wysockiego , słuchaliśmy muzyki klasycznej i pokątnie , nocą tej nadawanej przez Radio Luxembourg . Paczkę nazwaliśmy górnolotnie „Elitą „ i zamiast pisać pamiętnik , pisaliśmy „raplutaż” - brzmiało ciekawiej niż jakiś tam pamiętnik, zwierzaliśmy się sobie z różnych interesujących nas spraw. Chyba właśnie wtedy zyskałam sobie pozycję „konfesjonału” - jakoś tak wszyscy wybierali sobie na adresata zwierzeń mnie. Może dlatego,że nigdy nie pytałam o więcej niż chciano mi powiedzieć i nie rozpowiadałam tego co mi powiedziano. Gorzej było , kiedy ja chiałam się komuś pozwierzać. Chętnych do słuchania nie było. „Przyjaciółkę od serca „ zastępował raplutaż.
W marcu 1976 roku przyszła pora podjąć ostateczną decyzję co do swojej przyszłości i złożyć podanie do szkoły średniej. Większość z naszej nowej klasy wybrała szkołę zawodową , B techniku mleczarskie , a większość naszej paczki – elity LO. Z bliżej nieokreślonych powodów wszyscy profil humanistyczny . Może dlatego,ze R i ja byłyśmy przekonane ,że tylko taki wybór jest jedynie słuszny , a może nie mieli lepszego pomysłu , dość,że wylądowało nas w tej samej klasie pięcioro i W – z klasy VIIIa. Po pierwszym roku zostałyśmy trzy. O i P nie dali rady , a W zmienił zdanie w połowie klasy II. Zanim to jednak nastąpiło musieliśmy ósmą klasę zakończyć z możliwie najlepszym wynikiem. R i ja zakończyłyśmy bardzo dobrze . Pozwolono nam się wpisać do księgi pamiątkowej szkoły. Ominęły nas egzaminy do szkoły średniej. Znów trafił nam się eksperyment edukacyjny . Jeszcze dwa lata wcześniej należało zdać egzamin z j. Polskiego i matematyki.

czwartek, 12 kwietnia 2012

O relacjach , których nie było


 Do pobytów u babci jeszcze wrócę, a teraz muszę znów relacjach z rodzicami. No właśnie, relacje. Relacji właściwie nie było . Niektórzy ludzie nigdy nie powinni mieć dzieci. Do takich należy moja matka. Chyba coś jest w kolejnej rodzinnej legendzie , w myśl której pojawienie się na tym świecie zawdzięczam drugiej babci , tej ze strony matki , która podobno od dnia ślubu nachodziła moją matkę w pracy i wypytywała czy już jest w ciąży. I na tym się też kończy zainteresowanie drugiej babci moją osobą . Nie byłam jej ukochaną wnuczką , nigdy mnie nie zapraszała do siebie, nie kupowała prezentów, nie wysyłała kartek na imieniny itd. Kilka razy byłam u niej , głównie dlatego, że tak wypadało, ale uciekałam stamtąd czym prędzej. Jakoś nie chciało mi się na okrągło słuchać jakie to udane córki ma ciotka – kuzynki lubiłam i nawet się dogadywałyśmy , ale te nieustające peany na ich cześć drażniły mnie strasznie. No i jedzenie u tej babci mi nie smakowało. To by było na tyle w temacie drugiej babci. Mniej -więcej od czasu gdy była na moim przyjęciu komunijnym widziałam ją potem może jeszcze ze 20 , góra 25 razy w życiu.
Słabo już tę aferę pamiętam , nie wszystko też wtedy widziałam i usłyszałam, ale zjazd rodzinny z okazji mojego przystąpienia do Komunii Św. , spowodował w rodzinie animozje. Od tego czasu matka nigdy więcej nie pojechała do babci , dopiero kiedy ta była umierająca, a babcia zabawiła u nas kilka dni tylko raz a i to w odpowiedzi na mój upór i płacz. Wyjechała rozżalona z powodu zupełnie absurdalnego posądzenia jej przez moją matkę o kradzież rękawiczek ; zgubiła je gdzieś w drodze do pracy czy też w trakcie jakiegoś imprezowania i posądziła o kradzież babcię . Właściwie to to spotkanie chyba nawet nie spowodowało animozji , tylko je roznieciło. Bo tkwiły gdzieś od zawsze. Tak mi podpowiadało moje „coś mi mówi” i wyraźnie to czułam. Do końca nie wiem o co tym razem poszło. Po części chyba o to,że ojciec przy okazji spotkania z braćmi poczęstował alkoholem w wieczór przed moim świętem i może było go za dużo , po części o to,że nie chciałam nawinąć włosów na wałki , żeby rano mieć tzw. „rury” , a babcia mnie poparła i zamiast nakręcać mi włosy na niewygodne , plastikowe wałki naplotła mi na głowie kilkanaście warkoczyków. Dzięki temu rano po rozczesaniu miałam delikatne fale i nie bolała mnie głowa.. „Rurek „ nie chciałam , bo wszystkie dziewczyny miały mieć coś takiego na głowie w myśl panującej mody , a poza tym układanie moich długich do pasa włosów było dość kłopotliwe ; nie wymyślili jeszcze szamponów ułatwiających rozczesywanie więc trwało to długo i takie ciągnięcie grzebieniem lub szczotką po prostu bolało. Uroczystość w kościele przebiegła zwyczajnie, wizyta u fotografa również , przyjęcie tak sobie. Pamiętam okropny tłok w pokoju – bo w roku 1970 nikt przyjęć komunijnych w lokalach nie urządzał i skromne prezenty . Najokazalszy i najdroższy był zegarek na rękę od chrzestnego . Taki był zwyczaj. Chrzestny kupował zegarek. Dostałam , a jakże , produkcji ZSRR , nawet całkiem ładny i jak się okazało bardzo wytrzymały. Nosiłam go jeszcze w liceum i szkole policealnej i kilka lat po. Chrzestna dała mi materiał na sukienkę – różowy , a jakże . Dostałam też kilka książek i komplet wieczne pióro z długopisem i trochę pieniędzy , za które kupiono mi rower.

Moje życie dzieliłam między szkołę, książki i podwórko. Teraz kiedy miałam rower wypożyczane w osiedlowej świetlicy wrotki i badbington poszły w odstawkę. Rowery dostało też kilka innych osób z naszej osiedlowej paki więc zaczęły się szaleństwa rowerowe .Miasto i okolica nie miały odtąd dla nas tajemnic. W domu tymczasem sprawy pogarszały się z miesiąca na miesiąc. Awantury wybuchały równie często jak zawsze . Kończyły się też jak zawsze. Koniec końców spadały na mnie czy był powód czy go nie było i obrywałam od obojga. Kilka lat takiego piekła sprawiło,że zaczęłam zamykać się w sobie. Coraz trudniej było mi rozmawiać z rodzicami i coraz gorzej dogadywałam się z rówieśnikami. Wiadomo,że żadne układy koleżeńskie, nawet te najlepsze nie przebiegają bezkonfliktowo. Mnie jednak każda najmniejsza nawet krytyczna uwaga ze strony rówieśników odbierała pewność siebie . Coraz trudniej przychodziło mi wypowiadanie się i nawiązywanie kontaktów . Rodzicom przestałam mówić o swoich sprawach. Nie przyznawałam się do niczego, nawet jeśli oczywistym było ,że to moja sprawka, nie mówiłam nic o koleżankach i kolegach , co robię po lekcjach, co czytam , czy się źle czuję ,ani o tym jakie mam oceny , jeśli nauczyciel wyraźnie nie przykazał,że ma być podpis rodziców pod oceną . Nadal uczyłam się dobrze , na 5 , zdarzało mi się czasem dostać 4 ale dość rzadko więc nie miałam się czego obawiać a jednak nie mogłam się przemóc . Nie odzywałam się nie pytana. Najczęściej uciekałam do swojego pokoju czytać. W mojej głowie roiły mi się przedziwne historie. Wymyślałam je niemal na okrągło. Niektóre wykorzystywałam na j.polskim jeśli tylko trafiła się po temu okazja i nauczycielka zadała wymyślenie jakiegoś opowiadania . W klasie IV odkryłam pisanie pamiętnika . Nie szło mi to za bardzo, porzucałam to zajęcie , ale po niedługim czasie do niego wracałam.. Na dobre zaczęłam pisać w klasie VI. Po części za namową nauczycielki, po części dlatego, że atmosfera w domu jeszcze się pogorszyła. Matka zapisała się do liceum wieczorowego, kilka dni w tygodniu chodziła na lekcje, raz czy dwa spotykali się ze znajomymi w celu douczenia się matematyki i fizyki , którą im tłumaczył ojciec. Jeśli miała jakieś popołudnie wolne wracała do domu bardzo późno i od razu kładła się spać o ile nie wybuchła znów jakaś afera .A to się zdarzało. Atakowała mnie lub ojca. Po jakimś roku odkryłam przyczynę tych późnych powrotów i zasypiania. Niestety alkohol. Po następnym imprezy z udziałem facetów – wtedy mając lat prawie 13 wiedziałam już co to oznacza. Bolała mnie ta wiedza. Ojciec dziwnie do tego podchodził. Z jednej strony żarł się z matką i awanturował o wszystko , z czasem sam nawet nie jedną awanturę sprowokował , z drugiej wciąż jeszcze próbował łagodzić sprawę i być dobrym mężem i ojcem. I krył te jej ekscesy. Nie wiem ,czy wiedziała o tym najbliższa rodzina , siostry matki i bracia ojca . Spotykał go zawód za zawodem. Z miesiąca na miesiąc rosła w nim frustracja. . Odbijało się to i na mnie. Czasem miałam wrażenie, że ma mi za złe to ,że jestem , choć wprost tego nie powiedział – tak jak bym była przyczyną tego stanu rzeczy. Matka nic sobie nie robiła z jego starań, nie szanowała go i nawet nie próbowała już stwarzać pozorów małżeństwa , choćby przede mną. Co innego ludzie . Najważniejsze było co ludzie powiedzą. Zawsze się do tego odwoływała. Wtedy nie przyszło mi do głowy , że na to co mówią o niej samej nie zważa wcale. No, ale do tej konkluzji musiałam dorosnąć . Siłą rzeczy mur pomiędzy rodzicami i mną rósł do rozmiarów niewyobrażalnych a ja odczuwałam to coraz bardziej i coraz lepiej rozumiałam sytuację, wbrew temu co wydawało się rodzicom i reszcie rodziny. Robiłam wszystko żeby uniknąć awantur w domu, długie godziny spędzałam za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju, z książką albo jakąś robótką, tak po prostu, żeby nie wchodzić im w drogę i nie stać się znów obiektem ataku. I bałam się, bałam się coraz bardziej. Nie był to taki rodzaj strachu jak np. przed skokiem z trampoliny do basenu czy przejściem przez cmentarz po zmierzchu . Raczej obezwładniający , wgryzający się w każdy zakamarek mózgu niepokój, nad którym w żaden sposób nie można było zapanować. Tkwił w mojej świadomości jeszcze długie lata po moim odejściu z domu , choć realnie na to patrząc nie było już powodu.  

czwartek, 5 kwietnia 2012

U babci

 Moje pobyty w Pińsku nie wiązały się jedynie z pracą i towarzyszeniem babci . Miałam swoją zaprzyjaźnioną podwórkową paczkę . W porywach dołączały do nas inne dzieciaki ze wsi i jak wszystkie dzieci na świecie czas wolny spędzaliśmy na zabawach i szaleństwach. A park, pobliski las , wszelkie szopki, chaszcze i opłotki dostarczały pola dla wyobraźni. Staczaliśmy z sobą bitwy na pokrzywy, „budowaliśmy” sobie domki w zielsku za szopami na drewno, właziliśmy na drzewa i stogi słomy , chodziliśmy do lasu na poziomki i smrodynę nazywaną tam „smrodziną „ - takie czarne cierpkie owoce, których sok barwił ręce i usta na bordowo. Smakowały nam , choć kiedy po latach spróbowałam tego przysmaku zdziwiłam się,ze mogłam to jeść. Najczęściej jednak buszowaliśmy po parku. Zaraz za kutym płotem rosła ogromna lipa , z dość niskim poziomym konarem. Ułatwiało nam to wdrapywanie się na to drzewo . Siadaliśmy na nim okrakiem niby na koniu i gadaliśmy , albo wspinaliśmy się wyżej , chwytaliśmy za sprężyste gałęzie i chustaliśmy , po czym zeskakiwaliśmy w bujną trawę , rywalizując ze sobą kto dalej i efektowniej wrzeszcząc przy tym dziko. Czasem kąpaliśmy się w jednym z trzech stawów. Babcia nie pozwalała mi chodzić samej w obawie żebym nie utonęła. Nad staw wybierała się ze mną. Zabierałyśmy koc , ręczniki i ubranie na zmianę oraz coś do picia. Szykowałyśmy się jak do wyjścia na prawdziwą plażę. Najprzyjemniej było na tzw. Smolniasie – takim miniaturowym leśnym jeziorku. W czasie kiedy tam bywałam jeziorko było czyste i bezpieczne. Z czasem dno się zamuliło, brzegi zarosły . Zrobiło się niebezpiecznie. Najczęściej jednak chodziliśmy nad staw do parku. Tam też nauczyłam się pływać , bez wiedzy babci . A było tak. Jako dzieciaki 9-10 letnie mieliśmy zwyczaj przechodzić przez przerzucone nad stawem mosty . Tylko kto by chodził normalnie ? To znaczy normalnie to i tak nie było , bo na mostach nie było ani jednej deski, tylko same przęsła , po których trzymając się poręczy bez trudu i bezpiecznie można było przejść .My przełaziliśmy po poręczach, balansując kilka metrów nad wodą . Do tego celu najlepiej nadawał się jeden most – ten największy. No i kiedyś, w trakcie takich zabaw , straciłam równowagę i spadłam wprost do wody , jakieś 2-3 metry od brzegu. Opiłam się wodą , zamoczyłam letnią sukienkę , porządnie najadłam strachu , ale z wody się wygrzebałam. Koleżanki pomagały mi wykręcić suknię , a potem nie pokazałam się w domu dopóki nie wyschłam. Do całej sprawy nigdy , nikomu się nie przyznałam ale wiedziałam już co robić żeby utrzymać się na wodzie. Potem z roku na rok pływanie coraz lepiej mi wychodziło.
A mostom muszę poświęcić kilka zdań , bo były wyjątkowe . Były, bo dziś straszą już nędzne resztki. Padły niestety ofiarą złomiarzy. Mostów było siedem z czego ja pamiętam już tylko sześć. Szło się urokliwymi alejkami parku porośniętymi bzem ,jaśminem i wilczą jagodą od jednego do drugiego . Wyżej wznosiły się dorodne drzewa:świerki , graby , kasztanowce i lipy . Pierwsze trzy mieściły się bliżej drogi przebiegającej przez wieś , blisko parkanu wykonanego z kutego żelaza i łączyły usytuowane na stawie dwie wysepki. . Każdy z tych mostów był inny. Zawsze podziwiałam to dzieło kowali. Były przecudnej roboty . Kiedy patrzyło się na nie , miało się wrażenie,że są utkane z koronek a nie wykute z żelaza. Kiedyś , poziom wody w stawie był wyższy i można było do każdego z nich dopłynąć łódką. Za mojej młodości pomiędzy wysepkami od strony wsi , nie było już wody , a tylko podmokły grunt., staw sięgał już tylko do środkowego , ale baśniowego uroku mostom to nie odebrało. To miejsce miało moc magiczną . Przyciągało swoim odrobinę tajemniczym klimatem a duch romantyzmu sprzyjał rozmyślaniom i marzeniom. Przywodziło na myśl znane z literatury romantycznej świątynie dumania .Lubiłam tam chodzić sama ; stawałam na środkowym moście i patrzyłam w ciemną w tym miejscu wodę , słuchałam śpiewu ptaków i pozwalałam swobodnie płynąć myślom . Szczególnie, gdy byłam już wieku kiedy do przemyślenia miałam dużo.
Czwarty , największy most był dobrze widoczny z każdej strony parku. Przerzucony po drugiej stronie stawu , od wysepki do przeciwnego brzegu , gdzie park w naturalny sposób łączył się kompleksem leśnym miał bardzo prostą formę, pełną elegancji i finezji. Na tle soczystej zieleni lasu i niemal czarnej powierzchni stawu tworzył swoiste dzieło sztuki. Szacunek dla wizji projektanta . Równie wspaniale prezentował się w oprawie jesiennej i zimowej . Żeby dotrzeć do dużego mostu trzeba było przejść przez mniejszy łączący brzeg stawu z wysepką . Ten choć nadszarpnięty lekko zębem czasu był równie piękny i prosty w formie jak ten największy. Wiodła do niego kręta ,obsadzona krzewami ścieżka; kusiła tajemnicą a sam most sprawiał wrażenie jakby zapraszał do spaceru . Wokół tych dwóch mostów wiosną kwitły całe pola fiołków , a nieco później , po drugiej stronie stawu na zacienionym ,podmokłym gruncie rozkwitały konwalie . Zapach był upojny.
Szósty most był położony nieco dalej , na wysuniętej daleko odnodze stawu .Tamtędy droga prowadziła do ogrodnictwa. Most był użytkowany , jedyny częściowo przykryty deskami był z nich wszystkich najskromniejszy. Nie był szczególnie ozdobny, za to posiadał bramkę i schodki przez , które można było zejść nad samą taflę wody i dawniej , kiedy służył jeszcze celom rekreacyjnym swobodnie wsiąść do łódki. Siódmy most został zniszczony w końcu II wojny przez radziecki czołg. Nigdzie i nigdy nie spotkałam tak pięknego, utrzymanego w romantycznym stylu , w naturalny sposob wpisującego się w krajobraz , założenia parkowego jak tam, choć zwiedziłam w swoim życiu mnóstwo zabytkowych dworków , zamków, pałaców i przynależnych do nich ogrodów . Projektant musiał być wizjonerem. W czasie gdy tam, mieszkałam i bywałam na wakacjach park i pałac należały do PGR . Właściciele nawet o to dbali , remontowali budynki, przycinali krzewy wzdłuż alejek , sprzątali. Remonty jednak były wykonywane w celu utrzymania dobrego stanu technicznego, bez dbałości o zabytkowe szczegóły i bez kontroli i wskazań konserwatora zabytków. W efekcie kompleks ogrodowo – pałacowy tracił stopniowo swoje walory estetyczne. Aż przyszedł czas wielkich zmian a wraz z nim kolejny właściciel : agencja rynku rolnego a z nią czas umierania dla parku , pałacu i mostów. Kiedy ostatni raz , w maju 2010 roku widziałam to miejsce , przypominało siedzibę upiorów. Stawy zarosły , pałac straszy wybitymi szybami i sypiącym się tynkiem a po niebywałej urody mostach zostało kilka przęseł , których nie zdążyli jeszcze pociąć złomiarze. Dziś mosty można zobaczyć już tylko na fotografiach.



sobota, 31 marca 2012

Babcia i ciocia


Babcia ,mimo swojego wieku była osobą bardzo postępową i nowoczesną . Czasami mnie tym zaskakiwała. Interesowała się wieloma sprawami, czytała książki , gazety i czasopisma , nie bała się nowinek technicznych – jak choćby zainstalowania gazu czy bojlera , o czym już pisałam. Rozumiała,ze musi następować postęp, i że nie należy się temu sprzeciwiać , a wręcz odwrotnie; korzystać z dobrodziejstw rozwoju. Nie poddawała się wiekowi i słabościom ciała . Zwykle mawiała, że starzeją się i chorują ludzie, którzy nie mają nic do roboty , po czym wymieniała całą ,długą listę zajęć , które ona ma w planach na najbliższe dni tygodnia, miesiące, kolejny rok. I miała. Nie wyszukiwała sobie roboty, ona ją po prostu miała. Zawsze . Dniem wolnym od pracy była niedziela. Dzień święty należało święcić. Czynności w niedziele sprowadzały się do włożenia odświętnego stroju, przygotowania posiłków dla ludzi i póki jeszcze był ,domowego zwierzyńca , ewentualnie latem podlania ogrodu jeśli były upały. Poza tym czas był przeznaczony na modlitwę lub wyjazd do kościoła , czytanie i przechadzki lub posiedzenie na ogrodowej ławeczce wśród kwiatów a także wypicia prawdziwej kawy do upieczonego w sobotnie popołudnie ciasta . U babci dużo się modliłam. Tak jakoś było, że wśród zajęć na modlitwę zawsze czas znaleźć się musiał. Rano i wieczorem obowiązkowo należało odmówić pacierze ,w ciągu dnia przystanąć przed figurą Matki Boskiej lub przydrożnym Krzyżem , który mijało się przechodząc ,klęknąć na cokole figury i odmówić Apel Jasnogórski w sobotę po zakończeniu prac porządkowych i ułożeniu kwiatów wokół figury , pójść na Majowe czy Różaniec , w niedzielę wybrać się do kościoła , a jeśli nie ( pod koniec życia , babcia już zrezygnowała z pieszych wypraw do kościoła – 6 km w jedną stronę to jednak było dla niej zbyt daleko, czasami zamawiała wyjazd samochodem u jednego z sąsiadów) , to w południe odmówić Anioł Pański i przeczytać jakąś litanię. W lecie zmawiałyśmy się z koleżankami ze wsi i razem chodziłyśmy na niedzielną Mszę do Szubina, potem zwykle do pobliskiej budki na lody , które były fantastyczne. Co ciekawe nadal takie są – w tej samej budce ; a przynajmniej były takie jeszcze 2 lata temu , kiedy zatrzymaliśmy się tam w drodze na wakacje. Wówczas modlitwa bardzo dużo w moim życiu znaczyła , choć nie mogę powiedzieć,że odczułam kiedykolwiek jej działanie i moc, ale może nie była mi dana ta łaska albo byłam zbyt małej wiary ,a może były w oczach Boga tamte moje modlitwy błahe i nie warte Jego uwagi . Modlitwę mam wpisaną w naturę . Nadal modlę się często, niemal nieustająco , choć nie często bywam teraz w kościele . Wymodliłam jednak pomoc - i w to wierzę głęboko- dla mojej synowej , poprosiłam o wsparcie Św. Faustynę i naszego Ojca Św i w niedługim czasie stało się . Synowa dostała nową nerkę i nową szansę na życie. Teraz więc modlę się do Św. Faustyny i Bł. Jana Pawła w podzięce i w przekonaniu, że nie opuszczą mnie w potrzebie.
Kiedy jeszcze byłam całkiem mała i mieszkałam u babci na stałe , wspierała ją siostra ,ciocia Jadwiga. Jak wspomniałam zmarła jednak po długiej i ciężkiej chorobie w 1973 roku . Ciocia była tak samo pracowita i wiecznie zajęta jak babcia. Dbała o ogród , karmiła kury i kaczki, pomagała w domowych pracach i opiece nade mną . Pamiętam , niejasno już i bardzo mgliście, że lubiła siadać oparta o piec w pokoju i czytać. Czasami siedząc tak ,czytała coś na głos, czasem podśpiewywały obie z babcią jakieś kościelne pieśni , babcia zajęta zwykle drutami i włóczką. Potem ciocia zachorowała. Miała częściowo sparaliżowaną jedną stronę ciała, ograniczone ruchy i trzęsącą się prawą rękę. Było jej coraz trudniej się poruszać , mówić , jeść . Choroba postępowała z roku na rok, ale ona dopóki mogła próbowała być przydatna aż przyszedł moment kiedy nie mogła już zrobić nic o własnych siłach , zdana całkowicie i do końca na pomoc babci.
Babcia odejście młodszej siostry przyjęła bardzo spokojnie i chyba nawet trochę z ulgą , że nic ją już nie boli , nie wymaga opieki i dla niej samej skończył się trudny i wymagający ciężkiej pracy i poświecenia obowiązek. Tak mi się wydaje, bo wówczas zaledwie o tym wspomniała . Długo nie mogłam się ze śmiercią cioci pogodzić. Wiedziałam ,że umarła – nikt w tamtych czasach nie próbował dzieciom tłumaczyć tego w inny sposób , czy jakoś ich chronić przed tak trudnymi doświadczeniami. Bardziej nawet bolał mnie fakt,że się z nią nie pożegnałam , nie zabrano mnie na pogrzeb i dowiedziałam się o wszystkim wiele dni po jej odejściu., niż sam fakt ,że umarła. Rozumiałam to i wierzyłam ,że jest w niebie .Z ciocią byłam zżyta równie mocno jak z babcią. .

poniedziałek, 26 marca 2012

U babci - dom


U babci w domu najbardziej lubiłam strych. Składał się z dwóch schowków , w tym jednego z drzwiami , platformy nad którą wisiały sznury do rozwieszania prania ; żeby się tam dostać trzeba było przejść po grubej i szerokiej desce przerzuconej w tym celu nad schodami – oraz pokoju . W pokoju stała stara szafunierka, w której kiedyś przechowywano ubrania, a w czasie kiedy tam mieszkałam i bywałam na wakacjach leżały w niej książki i stare gazety oraz wisiało kilka zużytych mundurów wujka , które zakładało się do prac w obejściu albo kiedy wybieraliśmy się na grzyby. Był też piec kaflowy i nie byle co , bo ręczna magiel. Po środku pokoju stał stół z ruchomym blatem i dwa równie stare jak szafunierka drewniane krzesła. Całości dopełniało składane łóżko z kutego żelaza z prawdziwym siennikiem wypchanym słomą i ogromną pierzyną ubraną w kraciastą powłokę , stojące pod pochyłą częścią sufitu. Na ścianie wisiał portret królowej Jadwigi i jakieś rysunki starszego z braci ojca, wujka Bronisława . Pachniało kwiatem lipowym i dymem z papierosów. Przy tym stole powstało mnóstwo moich opowiadań ( niestety prawie wszystkie zniszczyłam) napisałam przy nim mnóstwo listów i przeczytałam niezliczone ilości książek , w tym także wszystkie , które leżały w szafunierce oraz wszystkie czasopisma , które babcia przechowywała w schowku przez wiele lat- niektóre pamiętały nawet czasy przedwojenne. Wiele też godzin spędziłam w tym pokoju siedząc przy północnym oknie , podziwiając przyrodę, puszczając wodze wyobraźni i snując marzenia. To miejsce miało jakąś bardzo przyjazną energię , przyciągało swoim ciepłem i jakimś swoistym klimatem.
Numerem dwa na liście moich ulubionych miejsc była komórka. Takie pomieszczenie w sieni pod schodami na strych. Ciemne i właściwie nic w niej ciekawego nie było, ale mnie urzekło. Nie wiem dlaczego, może przez to,że wpadające przez szpary w schodach światło słoneczne dodawało mu tajemniczości? W komórce stała pralka Frania , babcia przechowywała tam blachy do placków ,koszyki z ziemniakami ,które wybierało się co tydzień z kopca lub w sezonie kopało na polu , stał kocioł używany do gotowania bielizny , kamienne garnki z kiszoną kapustą i ogórkami , na belkach wisiały worki z suszonymi ziołami i grzybami , mniejsze woreczki z nasionami zbieranymi w ogrodzie oraz związane sznurkiem foremki do pierników, które nie wiedzieć czemu bardzo lubiłam i nie mogłam się doczekać, kiedy babcia je zdejmie i będziemy ich używać. Kiedy byłam mała i szłam za babcią do komórki zdejmowała je i pozwalała się nimi pobawić. Dzisiaj nie umiem sobie tej fascynacji zwykłymi foremkami do pierników w żaden sposób wyjaśnić ale pierniki piekę i nawet rodzinkę w to wciągnęłam . Czasami babcia zawieszała na belce kilka pęt kiełbasy lub połcie wędzonego boczku albo słoniny . Były też woreczki z kaszą i żytnią mąką na żur ,sierp oraz worek na szmaty . Wszelkie tkaniny eksploatowało się do niemal całkowitego zużycia , a te , które już naprawdę do niczego się nie nadawały , nawet na ścierki do kurzu skrzętnie zbierało do worka. Część z nich babcia darła na paseczki i podwiązywała kurom na skrzydłach – to był taki znak rozpoznawczy . Babcine kury nosiły kolorowe kokardki , wszystkie inne wsiowe kury malowano farbą olejną w różnych kolorach i miejscach. Czasami dostawały mi się jakieś szmatki na ubranka dla lalek. Niby nic takiego – teraz można wszędzie kupić nawet najwymyślniejsze lalczyne stroje , ale wtedy była to wielka frajda dla nas dzieciaków , dostać szmatki i samemu uszyć lalce ubranko. Komórka ekscytowała mnie długo , później , kiedy już wyrosłam z dziecięcych zabaw i tak lubiłam tam chodzić . Zawsze znalazłam powód ,żeby się tam znaleźć ; a to pozamiatać, a to zobaczyć czy nie trzeba zapasów uzupełnić, a to swoje zielone wiaderko tam zostawiłam , a wiadomo ,że bez tego wiaderka nie można było się obyć w ogródku czy w lesie , a to sierp był potrzebny ,żeby pokrzyw dla kur naciąć itd. A to przecież był tylko zwyczajny składzik połączony ze spiżarnią...
Tak poza tym dom babci był przytulny i panował w nim ład. Wszystko miało swój czas i miejsce. Nawet jeśli babcia za coś mnie ukarała ( a zdarzało się, bo naturę mam zadziorną a w głowię lęgły mi się najdziwniejsze pomysły , które bywały nawet niebezpieczne ) , kara jakoś tak naturalnie wpisywała się w sytuację , kiedy minęła nikt do niej nie wracał i nie wspominał incydentu ; uczyła , ale nie niszczyła . To dawało poczucie bezpieczeństwa i spokój, którego brakowało mi w domu rodziców. Ich dom nigdy nie był mój. Tam czułam się jak jakiś gość, którego nie zapraszano , a którego pozbyć się jednak nie można.  

czwartek, 15 marca 2012

U babci


Odkąd pamiętam rytm dnia na wsi był zawsze taki sam; wczesna pobudka 6,30 – 7.00 rano , obrządek , bo przecież hodowała kiedyś kaczki , kury i króliki a to wymagało pracy , potem około pół godziny w ogrodzie , bo przecież trzeba było rośliny podlać i usunąć chwasty, które przez noc wyrosły nie tam gdzie było dla nich miejsce. Potem skromne śniadanie , po śniadaniu jakieś szycie, przepierki , jakieś prace w obejściu , o 12.45 był obiad , zawsze dwudaniowy i do tego jakiś deser lub kompot . Tę porę obiadu zapamiętałam , bo w tzw. głośniku łapiącym tylko pierwszy program Polskiego radia zaczynał się zawsze Rolniczy Kwadrans. Po obiedzie znów jakaś praca , czasem krótki odpoczynek z gazetą lub książką w ręce, mycie naczyń , przygotowanie żarcia dla kur i kaczek, zakupy w pobliskim sklepiku zwanym spółdzielnią . O 16.00 zawsze był podwieczorek na który składały się kubek kawy zbożowej z mlekiem – takiej prawdziwej , gotowanej na ogniu i jakaś bułka lub świeży chleb z miodem lub galaretką jeżynową . Robiliśmy tego mnóstwo co roku, bo jeżyn rosły w okolicy ilości nieprzeciętne , no i była pyszna. Po podwieczorku około 17.00 zwykle szło się po mleko z wieczornego udoju do obór PGR , gdzie oborowy nalewał każdemu do kanki tyle ile sobie wykupił , a pracownikom kombinatu za darmo – tyle ile im się należało zależnie od wielkości rodziny a potem po odniesieniu do domu kanki z mlekiem trzeba było nazrywać pokrzyw dla kurczaków i młodych kaczek i znów zająć się ogrodem .Zbieranie pokrzyw to zawsze był obowiązek dzieci. Zmawialiśmy się na pokrzywy w swoich zaprzyjaźnionych paczkach i zawsze wtedy było mnóstwo zabawy i szaleństw. A gdy już słońce zachodziło należało ogród dokładnie podlać. Kolację zwykle jedliśmy dość późno . Około 19.30 , dopiero , gdy zakończyliśmy wszystkie prace i przygotowaliśmy się do nocy . W ramach tych przygotowań należało koniecznie napełnić oba wiadra wodą . To na wypadek pożaru . Nigdy nic takiego nie miało miejsca , ale babcia pożarów się obawiała i bardzo tego przynoszenia wody przestrzegała. Wodę nosiło się z pompy, która mieściła się kilkaset metrów od domu babci – i tak miałyśmy blisko , bo we wsi były wówczas pompy tylko trzy , w środku i na każdym końcu wsi po jednej . Dopiero w drugiej połowie lat 70-tych założono hydrant przed każdym budynkiem we wsi. Ułatwiło to ludziom życie. Po kilku latach hydrant się uszkodził i przy okazji prac naprawczych ojciec i wujkowie wyprowadzili przez piwnicę kawałek rury do babcinej kuchni , po czym zainstalowali kran i 5 -litrowy bojler. Nie było możliwości założenia odpływu na ścieki więc pod kranem stała miska , do której lało się wodę , a brudną wylewało się do przeznaczonego na ten cel wiadra a potem wynosiło, ale wody nie trzeba już było podgrzewać na piecu lub kuchence , ani po nią wychodzić nawet za próg – no chyba,że potrzeba jej było dużo żeby urządzić wielkie pranie. O takim luksusie jak ciepła woda w domu, wieś mogła najwyżej pomarzyć. A babcia chwaliła się wszędzie jakie to na stare lata ma wygody i jak to u niej nowocześnie. Co nie zmienia faktu, że za potrzebami i tak trzeba było chodzić do wychodka na podwórko. Jakoś wówczas mi to nie przeszkadzało, nawet w zimie.