Dopiero we wrześniu
wybrałam się do lekarza . Już nie do tego, u którego byłam przy
pierwszej ciąży, a którego nie polubiłam , tylko do pani doktor ,
która odbierała naszego pierwszego synka. Położne nie bardzo
chciały mnie do niej przenieść , ,takie zasady podobno
obowiązywały , ale zbyt długo przekonywać ich nie musiałam .
Pani doktor trochę na mnie nakrzyczała, że tak późno , że
chodzę w butach na koturnie i zdziwiła ,że przyszłam do niej
zamiast do tamtego, ale zajęła się mną rzetelnie i zostałam jej
pacjentką na długo. Na jesieni dostaliśmy też zaproszenie do I. -
pierwsze, możliwe do zrealizowania w stanie wojennym. Nie pamiętam
dokładnie, ale chyba od sierpnia przestał obowiązywać zakaz
poruszania się po kraju i godzina policyjna . Zdążyliśmy się
już wcześniej zaprzyjaźnić ale odległość , brak telefonów i w
końcu stan wojenny skutecznie kontynuowanie znajomości nam
utrudniały. I postanowiła przedstawić
nam swojego chłopaka . Polubiliśmy się od razu i do dziś
kontynuujemy tę znajomość.
Tymczasem nasz mały rósł
i nie miały na to wpływu żadne klęski żywiołowe , stan wojenny
ani wrogo nastawieni dziadkowie , drugi rozrabiał jak szalony w
brzuszku mamy , a my rodzice nadal próbowaliśmy zapewnić im
jakieś lepsze warunki i znaleźć jakieś mieszkanie. Bez skutecznie
niestety. Nadal gnieździliśmy się razem z wrogo nastawioną do nas
rodziną na 48 m2 z których 11 przypadło w udziale nam. Coraz
trudniej było się porozumieć. Doszło do tego ,ze osobno
gotowałam, osobno robiłam zakupy i co mogłam to chowałam w naszym
pokoju. Radziliśmy sobie jak się dało , nie inaczej niż każdy w
tamtych czasach. Ciuszki dla małego przerabiała mi znajoma krawcowa
z moich albo szyła z jakichś resztek, czapeczki i sweterki robiłam
na drutach z resztek włóczek jakie udało mi się zdobyć , często
pruteych po kilka razy . Zimowy kombinezon np. krawcowa przerobiła z
dwóch stilonowych fartuchów , takich z rękawami , z przodu
zapinanych na guziki. Ocieplenie zrobi ze starej kołdry. Jesień
tego roku była przepiękna i ciepła. Jeszcze w październiku można
było chodzić tylko w żakietach . Mały wymawiał już pierwsze
słowa: zaczął od głośnego krzyknięcia –„tata”. Oczywiście
tata rósł w oczach z dumy , jakiego to ma zdolnego synka. A mały z
dnia na dzień przyswajał sobie więcej słów. Po dwóch tygodniach
mówił już :tata, mama, baba , kółko- co oznaczało piłkę, i
niektóre trochę przekręcone –„pcinka” , „mybka” i
– „dudełko” , co w jego języku oznaczało pieska, rybkę i
smoczek. Wyjątkowo zdolne to nasze dziecko się okazało . Pierwsze
słowa wypowiadane przed skończeniem pierwszego roku życia , to
raczej wyjątek .Teraz to już oboje puchniemy z dumy, tymbardziej
,że stawał też na nóżkach i trzymając się czegoś potrafił
przemieścić dostawiając jedną nóżkę do drugiej. Chodzić
samodzielnie zaczął dokładnie w swoje 1 urodziny . Oczywiście na
urodziny urządziliśmy mu przyjęcie z tortem i świeczką . Kryzys
kryzysem , ale nie mogło być inaczej . Zwyczajowo ułożyliśmy
pieniążek , książkę , różaniec i obrączkę na wróżbę kim
będzie. Mały jest zachłanny , obiema rączkami zgarnął dla
siebie wszystko, a świeczkę na torcie po prostu przewrócił .
Babcie i dziadek nie mogą wyjść z podziwu jaki to wnuczek sprytny.
Moi zachowują się bardzo dziwnie , nieprzewidywalnie i nie
konsekwentnie . Nas nienawidzą , małego kochają i rozpieszczają
do granic możliwości. Uważają przy tym ,że my się źle nim
opiekujemy i oni wiedzą lepiej i próbują udowadniać nam to na
każdym kroku , nie licząc się z tym ,że mały obserwuje .
Już kilka tygodni
wcześniej udało mi się wystać dużego tym razem misia. Miś jest
dużo ładniejszy niż ten gwiazdkowy i po naciśnięciu na brzuszek
piszczy. Mały pokochał go od chwili gdy go zobaczył od razu
powtórzył za mną " miciu". Z dnia na dzień uczył się
coraz więcej. Oboje z Ka dużo do niego mówiliśmy , tak normalnie
, bez zdrabniania jak rozmawia się z dorosłymi. Wszystkim innym też
stanowczo zabraniam zabroniłam zdrabniania . Może dlatego mały
mówił tak szybko i poprawnie .Do dziś zresztą łatwo mu
przychodzi wypowiadanie się. Kolejne tygodnie mijały, zbliżał się
grudzień , a w grudniu miało się urodzić nasze drugie dziecko.
Zanim jednak przyszedł
ten czas miało miejsce zdarzenie o charakterze, że tak powiem
religijno -społecznym. Mianowicie do naszego miasta dotarł obraz
Matki Boskiej Częstochowskiej . Obraz krążył od parafii do
parafii , od miasta do miasta i od domu do domu. Dzień po dniu . Nie
wiem od kiedy trwała ta peregrynacja , do nas dotarł na początku
grudnia 1982 roku. Dla parafii i rodzin miało to być wielkie
święto i wielkie przeżycie duchowe . Oczywiście przyjęliśmy i
my cudowny obraz , nikt nie kwestionował wartości tego wydarzenia ,
przygotowaliśmy miejsce , a ja zgodziłam się czytać modlitwy . Do
każdego mieszkania schodzili się sąsiedzi i rodzina na wspólną
modlitwę . I pewnie i u nas byłoby to święto i wzniosłe
wydarzenie , ale jak to u nas nie obeszło się bez podniesionych
głosów i złości. Nie pamiętam o co poszło i dlaczego , ale
było. Rodzice deklarowali swoją wiarę i przynależność do
kościoła katolickiego ale w praktyce żadne świętości większego
znaczenia nie miały , przynajmniej dla matki . Ojciec bardziej
przestrzegał zasad.
Wydawało mi się ,że
mam jeszcze trochę czasu, termin porodu pani doktor wyliczyła mi na
23 grudnia ( tym razem zgonie z moimi wyliczeniami ). Taki żywy
prezent na Gwiazdkę nam się szykował . Miałam nadzieję ,że
maleństwu za bardzo śpieszyć się nie będzie i chociaż do nowego
roku poczeka . Nic z tego jednak. W niedzielę , na tydzień przed
terminem postanowiłam poprzerabiać wszystko na różowo, żeby było
dla dziewczynki ( bo wciąż bardzo chciałam mieć, choć w gruncie
rzeczy wiedziała,że będzie chłopak ) , ale wyszło inaczej,
zgodnie zresztą z tym co mi szeptało moje „coś mi mówi” . Ka
poszedł do swojej matki , wrócił około 22, mały już spał. My
też postanowiliśmy się położyć . Niestety nie dane nam było
pospać. Godzinę później chwyciły mnie bóle. Od razu bardzo
silne . Ka poszedł po karetkę pogotowia. Telefonu nadal nie
mieliśmy. Około 23.30 zabrali mnie do szpitala , a już za 2 i pół
godziny , na 9 dni przed terminem na świat przyszedł i nasz drugi
synek. Zgodnie z moimi przeczuciami zresztą. Następnego dnia mąż
zadzwonił do mnie do szpitala z naszego własnego telefonu. Firma
przydzieliła mu coś w rodzaju służbowego. Zakład pokrywał
abonament, my przeprowadzone rozmowy. Prawdziwy luksus w tamtym
czasie. Oczywiście moi rodzice zamiast się ucieszyć , urządzili
kolejną awanturę pod hasłem po co nam telefon, co nie zmienia
faktu ,że nie raz z niego korzystali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz