środa, 7 listopada 2012

Maluchy dwa


Dopiero we wrześniu wybrałam się do lekarza . Już nie do tego, u którego byłam przy pierwszej ciąży, a którego nie polubiłam , tylko do pani doktor , która odbierała naszego pierwszego synka. Położne nie bardzo chciały mnie do niej przenieść , ,takie zasady podobno obowiązywały , ale zbyt długo przekonywać ich nie musiałam . Pani doktor trochę na mnie nakrzyczała, że tak późno , że chodzę w butach na koturnie i zdziwiła ,że przyszłam do niej zamiast do tamtego, ale zajęła się mną rzetelnie i zostałam jej pacjentką na długo. Na jesieni dostaliśmy też zaproszenie do I. - pierwsze, możliwe do zrealizowania w stanie wojennym. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba od sierpnia przestał obowiązywać zakaz poruszania się po kraju i godzina policyjna . Zdążyliśmy się już wcześniej zaprzyjaźnić ale odległość , brak telefonów i w końcu stan wojenny skutecznie kontynuowanie znajomości nam utrudniały. I postanowiła przedstawić nam swojego chłopaka . Polubiliśmy się od razu i do dziś kontynuujemy tę znajomość.
Tymczasem nasz mały rósł i nie miały na to wpływu żadne klęski żywiołowe , stan wojenny ani wrogo nastawieni dziadkowie , drugi rozrabiał jak szalony w brzuszku mamy , a my rodzice nadal próbowaliśmy zapewnić im jakieś lepsze warunki i znaleźć jakieś mieszkanie. Bez skutecznie niestety. Nadal gnieździliśmy się razem z wrogo nastawioną do nas rodziną na 48 m2 z których 11 przypadło w udziale nam. Coraz trudniej było się porozumieć. Doszło do tego ,ze osobno gotowałam, osobno robiłam zakupy i co mogłam to chowałam w naszym pokoju. Radziliśmy sobie jak się dało , nie inaczej niż każdy w tamtych czasach. Ciuszki dla małego przerabiała mi znajoma krawcowa z moich albo szyła z jakichś resztek, czapeczki i sweterki robiłam na drutach z resztek włóczek jakie udało mi się zdobyć , często pruteych po kilka razy . Zimowy kombinezon np. krawcowa przerobiła z dwóch stilonowych fartuchów , takich z rękawami , z przodu zapinanych na guziki. Ocieplenie zrobi ze starej kołdry. Jesień tego roku była przepiękna i ciepła. Jeszcze w październiku można było chodzić tylko w żakietach . Mały wymawiał już pierwsze słowa: zaczął od głośnego krzyknięcia –„tata”. Oczywiście tata rósł w oczach z dumy , jakiego to ma zdolnego synka. A mały z dnia na dzień przyswajał sobie więcej słów. Po dwóch tygodniach mówił już :tata, mama, baba , kółko- co oznaczało piłkę, i niektóre trochę przekręcone –„pcinka” ,  „mybka” i – „dudełko” , co w jego języku oznaczało pieska, rybkę i smoczek. Wyjątkowo zdolne to nasze dziecko się okazało . Pierwsze słowa wypowiadane przed skończeniem pierwszego roku życia , to raczej wyjątek .Teraz to już oboje puchniemy z dumy, tymbardziej ,że stawał też na nóżkach i trzymając się czegoś potrafił przemieścić dostawiając jedną nóżkę do drugiej. Chodzić samodzielnie zaczął dokładnie w swoje 1 urodziny . Oczywiście na urodziny urządziliśmy mu przyjęcie z tortem i świeczką . Kryzys kryzysem , ale nie mogło być inaczej . Zwyczajowo ułożyliśmy pieniążek , książkę , różaniec i obrączkę na wróżbę kim będzie. Mały jest zachłanny , obiema rączkami zgarnął dla siebie wszystko, a świeczkę na torcie po prostu przewrócił . Babcie i dziadek nie mogą wyjść z podziwu jaki to wnuczek sprytny. Moi zachowują się bardzo dziwnie , nieprzewidywalnie i nie konsekwentnie . Nas nienawidzą , małego kochają i rozpieszczają do granic możliwości. Uważają przy tym ,że my się źle nim opiekujemy i oni wiedzą lepiej i próbują udowadniać nam to na każdym kroku , nie licząc się z tym ,że mały obserwuje .
Już kilka tygodni wcześniej udało mi się wystać dużego tym razem misia. Miś jest dużo ładniejszy niż ten gwiazdkowy i po naciśnięciu na brzuszek piszczy. Mały pokochał go od chwili gdy go zobaczył od razu powtórzył za mną " miciu". Z dnia na dzień uczył się coraz więcej. Oboje z Ka dużo do niego mówiliśmy , tak normalnie , bez zdrabniania jak rozmawia się z dorosłymi. Wszystkim innym też stanowczo zabraniam zabroniłam zdrabniania . Może dlatego mały mówił tak szybko i poprawnie .Do dziś zresztą łatwo mu przychodzi wypowiadanie się. Kolejne tygodnie mijały, zbliżał się grudzień , a w grudniu miało się urodzić nasze drugie dziecko.
Zanim jednak przyszedł ten czas miało miejsce zdarzenie o charakterze, że tak powiem religijno -społecznym. Mianowicie do naszego miasta dotarł obraz Matki Boskiej Częstochowskiej . Obraz krążył od parafii do parafii , od miasta do miasta i od domu do domu. Dzień po dniu . Nie wiem od kiedy trwała ta peregrynacja , do nas dotarł na początku grudnia 1982 roku. Dla parafii i rodzin miało to być wielkie święto i wielkie przeżycie duchowe . Oczywiście przyjęliśmy i my cudowny obraz , nikt nie kwestionował wartości tego wydarzenia , przygotowaliśmy miejsce , a ja zgodziłam się czytać modlitwy . Do każdego mieszkania schodzili się sąsiedzi i rodzina na wspólną modlitwę . I pewnie i u nas byłoby to święto i wzniosłe wydarzenie , ale jak to u nas nie obeszło się bez podniesionych głosów i złości. Nie pamiętam o co poszło i dlaczego , ale było. Rodzice deklarowali swoją wiarę i przynależność do kościoła katolickiego ale w praktyce żadne świętości większego znaczenia nie miały , przynajmniej dla matki . Ojciec bardziej przestrzegał zasad.

Wydawało mi się ,że mam jeszcze trochę czasu, termin porodu pani doktor wyliczyła mi na 23 grudnia ( tym razem zgonie z moimi wyliczeniami ). Taki żywy prezent na Gwiazdkę nam się szykował . Miałam nadzieję ,że maleństwu za bardzo śpieszyć się nie będzie i chociaż do nowego roku poczeka . Nic z tego jednak. W niedzielę , na tydzień przed terminem postanowiłam poprzerabiać wszystko na różowo, żeby było dla dziewczynki ( bo wciąż bardzo chciałam mieć, choć w gruncie rzeczy wiedziała,że będzie chłopak ) , ale wyszło inaczej, zgodnie zresztą z tym co mi szeptało moje „coś mi mówi” . Ka poszedł do swojej matki , wrócił około 22, mały już spał. My też postanowiliśmy się położyć . Niestety nie dane nam było pospać. Godzinę później chwyciły mnie bóle. Od razu bardzo silne . Ka poszedł po karetkę pogotowia. Telefonu nadal nie mieliśmy. Około 23.30 zabrali mnie do szpitala , a już za 2 i pół godziny , na 9 dni przed terminem na świat przyszedł i nasz drugi synek. Zgodnie z moimi przeczuciami zresztą. Następnego dnia mąż zadzwonił do mnie do szpitala z naszego własnego telefonu. Firma przydzieliła mu coś w rodzaju służbowego. Zakład pokrywał abonament, my przeprowadzone rozmowy. Prawdziwy luksus w tamtym czasie. Oczywiście moi rodzice zamiast się ucieszyć , urządzili kolejną awanturę pod hasłem po co nam telefon, co nie zmienia faktu ,że nie raz z niego korzystali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz