Wiele wysiłku kosztowało
mnie pozwalanie dzieciom na bliski kontakt moimi rodzicami. Nie
mogliśmy nie pozwolić, raz dlatego,że przecież wciąż jeszcze
mieszkaliśmy pod jednym dachem , a dwa jak wytłumaczyć sytuację 2
i 3- latkom? Mało prawdopodobne żeby zrozumiały o co chodzi. My
sami za bardzo nie rozumieliśmy. Najchętniej jednak bym im
zabroniła kontaktowania się z dziadkami . No , ale była jeszcze
jedna kwestia, bardzo prozaiczna. Dzieci w tym wieku potrafią
zmęczyć . My rodzice też czasem potrzebowaliśmy odetchnąć więc
opieka dziadków była przydatna i perfidnie z tego korzystałam.
Chcieli się czasem nimi zająć , to się zajmowali , proszę
bardzo. Ojciec kupił w tym czasie swój pierwszy samochód :
jaskrawo - turkusowego trabanta. Matka się wkurzała , wyzywała go
za ten zakup , ale w końcu nie miała wyjścia i zaakceptowała , a
potem całkiem często z tego dobrodziejstwa korzystała. Zabierali
więc dzieci na różne wycieczki. Małym jednak najbardziej pasowało
oglądanie przejeżdżających pociągów. Jeździli więc prawie co
dziennie około 17.00 na przejazd kolejowy oglądać ciuchcie, aż
któregoś dnia spisała ojca Straż Ochrony Kolei , bo w tamtym
czasie kolej była obiektem o charakterze strategicznym i
paramilitanym . Na razie postanowiliśmy nie mówić nic rodzicom ,że
dostaliśmy mieszkanie. Nasz dobytek powoli przy każdym spacerze
wywoziliśmy do nowego mieszkania pakując w różne torby zakupowe
. Niestety sprawa musiała się wydać , bo potrzebowaliśmy narzędzi
,żeby zagospodarować te nasze 32m i trzeba je było pożyczyć od
ojca. O własnych na razie mogliśmy pomarzyć , a wypożyczalnie
istniały w filmach zza żelaznej bramy . Owszem pożyczył nam ;
ręczną wiertarkę , piłki , mniejsze i większe śrubokręty i
kilka innych przydatnych akcesoriów. Najpierw jednak stracił mowę
z wrażenia. Matka oczywiście zareagowała wyzwiskami pod naszym
adresem. Już się tym nie przejmowałam. Remont ruszył teraz pełną
parą, jeśli w ogóle można o jakiejś "parze " mówić w
tym przypadku. Załatwiliśmy sobie a ż ! dwie płyty wiórowe i
kilka bukowych kantówek. Z tego zbudowaliśmy ściankę działową ,
która z kawałka pomieszczenia przeznaczonego na kuchnię wydzieliła
pokoik dla dzieci. Zmieściła się w nim tylko kanapa do spania ,
maleńka półka na zabawki, druga wisząca na książki i pawlacz na
ich ubranka. Po wannę i zlewozmywak do kuchni Ka jechał do jakiejś
oddalonej od miasta wsi , bo jego kolega z pracy widział w drodze
do pracy , w wiejskim sklepie. Umywalka do łazienki została po
pokoju gościnnym , byle jaka ale była. Z pozostałych płyt
wiórowych zrobiliśmy zabudowę w przedpokoju. Powstało coś w
rodzaju niedużej trzydrzwiowej szafy połączonej z pawlaczem.
Niestety płyt było za mało . Drzwiczki od pawlaczy wyszły za
krótkie. Do sufitu brakowało 15cm. Postanowiliśmy na razie
zostawić taki lufcik a zabudować to do końca jak uda nam się
dokupić płyt. Jakieś ścinki płyt załatwił nam jeszcze ojciec ,
ale te przeznaczyliśmy na zbudowanie pawlacza nad wejściem do
kuchni. Niedokończona zabudowa korytarza została i przetrwała całe
11 lat , do kolejnej wyprowadzki. .Potwierdziła się zasada ,że
najlepsze są prowizorki. Zagospodarowaliśmy każdy możliwy
zakamarek tego niewielkiego mieszkanka . Półki i pawlacze niestety
nie wystarczyły ,żeby zamieszkać. Potrzeba szafek , stołu ,
miejsca do spania itd. Piec elektryczny również "kupił"
nam ojciec; za pół litra . Zobaczył go u kumpla ślusarza .
Interes był wybitnie korzystny, bo razem to pół litra wypili , a
potem kolega ślusarz doleciał po drugą połówkę . Piec był
popsuty i pamiętał chyba II wojnę światową , ale ojciec go
naprawił . Bardzo nam się przydał , bo tego towaru w sklepach
jeszcze nie było, miał się pojawić dopiero za kilkanaście
miesięcy .Piec też przetrwał i posłużył nam ładnych kilka lat
zanim kupiliśmy sobie nowy. A jak wspaniale piekł się w nim chleb!
Szafkę pod zlewozmywak i drugą z szufladkami kupiliśmy w wiejskim
domu towarowym , w okolicy. Przywieźli je koledzy męża służbowym
samochodem. Składany stół kuchenny i taborety udało nam się
wypatrzyć w sklepie miejscowym GS. Do mieszkania stół przyjechał
spacerówką , taborety przynieśliśmy w rękach. Kiedy w końcu
do matki dotarło ,że naprawdę idziemy na swoje ,zaczęła i ona
na swój sposób pomagać i też nam coś nie coś załatwiać :
przyniosła materiał na zasłony ( brzydki , brązowy stilon , ale
nic innego nadającego się na zasłony nie było nigdzie ) i
wykładziny do pokoiku chłopaków i naszego też brązowe . Łaskawie
pozwoliła mi zabrać ławę i dwie brzydkie , obite brązowym skajem
pufy. W sumie wszystko to razem do siebie pasowało , ale brązowego
koloru w wystroju wnętrz , po kilku latach spędzonych wśród tych
brązów mam dosyć do dziś . A to nie wszystkie brązy jakie
mieliśmy w domu , bo i zastawa była z brązowych porcelitów ,
potem arcoroku , kiedy się pojawił. Ciągle jeszcze niewiele
towaru było w sklepach i naprawdę trzeba szczęścia żeby coś
kupić, choć powoli , powoli przybywało. Idąc do naszego
mieszkania robić remont i je urządzać zabieraliśmy ze sobą
dzieci i kilkanaście samochodzików . Z taboretów i deski robiliśmy
im tor samochodowy , żeby mieli zajęcie , ale ich interesowały
młotki , kombinerki i inne narzędzia. Plątali się pod nogami i
przeszkadzali , ale koniecznie chcieli pomagać. Co było robić ,
pozwoliliśmy i faktycznie już po dwóch dniach rozróżniali
bezbłędnie wszystkie narzędzia i nam je podawali. Niby nic , ale
zeskakiwać za każdym razem z drabiny lub taboretu nie było trzeba
– oszczędność czasu duża.
Któregoś dnia , w czasie
spaceru trafiłam w sklepie na dostawę materiałów. Między innymi
świetną bawełnę, nadającą się na dekoracje do dziecinnego
pokoju. W śliczne kolorowe ciuchcie. Wydałam ostatnie pieniądze ,
chociaż do wypłaty było jeszcze kilka dni i kupiłam aż 5m.
Uszyłam potem zasłonki , poduszki i powłoczki na kołdry, te
ostatnie tylko jednostronne . Spód zrobiłam z prześcieradła, ale
i tak chłopcy mieli niesamowitą frajdę , bo obaj wszelkie
ciuchcie kochali .A co dopiero cały pokoik w ciuchciach!
Dwuosobową kanapkę dla nich dostałam od ciotki , lekko już
nadwyrężoną , ale trochę im jeszcze posłużyła. Ojciec jechał
w podróż służbową do Bydgoszczy jak często bywało, bo ich
firma współpracowała z bydgoskimi . Po drodze zauważył w jakimś
sklepie stojące narożniki . Po przyjeździe spytał czy nie
chcielibyśmy sobie kupić na nowe mieszkanie, bo jeśli tak to mamy
tam zaraz jechać. Pewnie ,że chcieliśmy , moja panieńska kanapa
była ciasna , twarda i krzywa. Spało się na tym bardzo
niewygodnie. Taki zakup 60km od miejsca zamieszkania, w tamtym czasie
był nie lada przedsięwzięciem logistycznym. Ojciec jednak
załatwił ( bo nadal wszystko się załatwiało ) nam zgodę na
przywiezienie narożnikowej kanapy służbowym żukiem , w drodze
powrotnej z dostawy towaru. Pojechaliśmy wcześnie rano aż do Żnina
bo tam były te narożniki ,zapłaciliśmy i czekaliśmy do
popołudnia na transport. Mieliśmy szczęście , bo akurat tego dnia
przywieźli wiszące szafki kuchenne , zwykle pokryte białym
laminatem. Kupiliśmy przy okazji dwie szerokie i jedną wąską.
Maluchy były z nami. Nudzili się strasznie ale dzielnie czekali na
załadunek, ciekawi tego co się będzie działo..Dopiero po
załadowaniu tego wszystkiego na żuka poszliśmy do autobusu. Na
zakup narożnika i szafek poszła nam więcej niż połowa wypłaty.
Pod wieczór zostawiliśmy dzieci z dziadkami i udaliśmy się
wnieść nasze meble do mieszkania. Pomogli koledzy z pracy męża
.Narożnik jak wszystko w tym czasie był brzydki , zrobiony byle
jak przez więźniów z zakładu karnego w Potulicach i o zgrozo też
brązowy , a dokładnie w brązowo- kremową kratkę. Potem po
złożeniu okazało się ,że nie pasują dobrze wszystkie części
i na złożeniu , dokładnie pod plecami mamy paro centymetrową
dziurę. Skoro już mieliśmy nową kanapę , pierwszą , własną
kanapę - to trzeba ją od razu wypróbować. Wypróbowaliśmy ,
nawet dwa razy . Dalszy ciąg remontu mógł do następnego dnia
poczekać i poczekał . Ściany pomalowaliśmy farbą kredową w
kolorze piaskowym , bo tylko taka była w sklepach oprócz białej z
odcieniem błonej szarości. Kilka dni później zaczęliśmy
przeprowadzkę. Była już pełnia lata. Do przewozu dobytku
posłużyliśmy się wózkami naszych pociech. Nie pamiętam jak
przewieźliśmy ławę , ale z rzeczy , które zabieraliśmy z domu
rodziców ława była największa. Pewnie też jechała na wózku
dziecięcym. Łóżeczka zostały sprzedane .Maluchy spały odtąd
na kanapie, jednej , wspólnej. Mieliśmy więc na początek :
kuchnię złożoną z różniących się kolorem okładzin szafek-
górne białe, dolne w buro-beżowo-białą pepitkę , przedpokój
zabudowany surową płytą wiórową , pomalowaną tylko jedną
warstwą lakieru , bo tylko jedną puszkę udało nam się kupić,
łazienkę złożoną tylko z wanny i umywalki -lustro i resztę
kupimy dopiero za parę tygodni i pokój wyposażony w kanapę , dwie
skrzynie , które w poprzednim mieszkaniu służyły do siedzenia i
jako pojemniki do zabawek, ławę w stylu „wczesny Gierek”, 2
pufy obite skajem do siedzenia i telewizor stojący na skrzyni do
butów ( domowej roboty) . Ława „wczesny Gierek” do dziś nam
służy , Ka zdążył ją pokochać i za nic rozstać się z nią
nie chcę , ja kombinuję jak popsuć ,żeby wreszcie kupić nową .
Resztę wystroju uzupełnia sterta książek . Pokój był mały i
nieustawny, z wnęką 1,20 x1,2m , którą zagospodarował sobie mąż
wstawiając tam jedyny regał ( również do dziś służy mężowi w
jego pracowni) , też zabrany z mojego pokoju jaki miałam i
dorabiając do niego stół do majsterkowania . Nie wiedzieliśmy
wprowadzając się tam, że w tej wnęce za kilka lat zacznie się
nasza przygoda z biznesem . Na dzisiejszy standard warunki marne ,
ale my się cieszyliśmy. Po prawie 4 latach mieszkania z rodzicami
to małe mieszkanko , było dla nas prawdziwym luksusem. I nie
liczyło się to, że było bardzo wysoko na trzeciej kondygnacji -
odpowiednikowi 4 piętra w normalnym bloku, nie liczyło się to ,że
trzeba przechodzić przez portiernię i główny hol w zakładzie ,
ważne było ,że nareszcie byliśmy sami. No i kasa za pół etatu
pracownika gospodarczego też swoje robiła. Nie było to zbyt
uciążliwe zajęcie. Nie często wysiadają przecież żarówki ,
urywają klamki czy zapychają sedesy. Jedynie zimą , kiedy spadł
śnieg było trzeba odśnieżać podwórze przed zakładem,co zresztą
zostało uwiecznione na slaydzie. Nareszcie lepszy czas przed nami .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz