czwartek, 28 marca 2013

Stare odchodzi


Po woli , miesiąc po miesiącu dorabialiśmy się każdego narzędzia, miernika , drabiny ; zdobywaliśmy potrzebną wiedzę i doświadczenie . Tak konkretnie to zdobywał Ka .
Moja rola sprowadzała się do spraw bardziej przyziemnych , głównie organizacyjnych , pilnowania rozliczeń , terminów , zapisywania telefonów , dostarczenia naszych rachunków płacenia rachunków dostawcom. Nie inaczej niż dziś zresztą , ale przy okazji i ja musiałam się czegoś uczyć . Nazewnictwa chociażby . Synom zdecydowanie łatwiej to przychodziło . Dla mnie wszelkie pojęcia techniczne od zawsze równały się abstrakcji a moje kompleksy wciąż jeszcze robiące sobie ze mną co im się podobało, przeszkadzały w nawiązywaniu kontaktów i poważnie utrudniały funkcjonowanie . Zwykłą wizytę w jakimkolwiek urzędzie czy firmie odchorowywałam przed i po, bez względu na to z czym była związana; nawet jeśli chodziło tylko o podanie jakiegoś dokumentu.
Czekała mnie ciężka i długa droga w pokonywaniu kompleksów , o czym wtedy jeszcze nie wiedziałam , Mój mąż nie bardzo rozumiał te moje problemy i nic dziwnego , jemu kontakty z ludźmi przychodziły bez wysiłku. Nie lepiej zapowiadało mi się zapoznawanie z techniką …

Tymczasem w czerwcu po raz pierwszy mieliśmy w Kraju demokratyczne wybory. Oczywiście poszliśmy na nie w przekonaniu ,że nadchodzi nasz czas. Do głowy nam wówczas nie przychodziło , jak trudno będzie się w nowej rzeczywistości odnaleźć i utrzymać na powierzchni.
W związku z tym wydarzeniem w Kraju zapanował swoisty rodzaj euforii. Dziennikarze trąbili hymny pochwalne na temat nowego ustroju , wypowiadali się różni eksperci , profesorowie i politycy , nawet artyści . Aktorka Joanna Szczepkowska wygłosiła słynne do dziś zdanie „Proszę
Państwa , 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm” , co dla mnie osobiście było i jest śmiesznym, napuszonym patosem. Zwłaszcza,że komunizmu to jednak u nas nie było . Budowaliśmy tylko realny socjalizm. W tym akurat względzie na własne oczy obserwuję od ponad 20 lat jak przekłamuje się historię i nie mogę sobie nie zadać pytania , ile takich zdarzeń historycznych w dziejach, zinterpretowano inaczej niż przebiegały. Kampania wyborcza przebiegała w konwencji zbliżonej do dzisiejszych , zasypywały nas stosy ulotek i spotów reklamowych tyle,że w znacznie łagodniejszej formie wypowiedzi niż dziś . Ugrupowań politycznych powstało co najmniej kilkanaście . Po przeanalizowaniu wybraliśmy Stronnictwo Demokratyczne - tak przynajmniej odnotowałam w naszej księdze rodzinno - gościnnej , którą założyłam zaraz po wprowadzeniu się do naszego mieszkanka w urzędzie i kontynuowałam zapisy przez ładnych kilkanaście lat. Dla większości obywateli kampania wyborcza , kilkanaście partii o zróżnicowanych programach było jednym wielkim novum . Dotąd wybory były obowiązkowe, partie trzy, z czego tylko jedna jedynie słuszna , a wynik z góry przesądzony. A tu nagle wolne wybory , na które w dodatku można nie iść bez żadnych konsekwencji. . Pokoleniu naszych rodziców w głowie się to nie mieściło a niektórzy , jak moja matka nie wierzyli nawet,że jeśli nie wezmą udziału w głosowaniu to żadne represje ich za to nie spotkają.
Pierwsze demokratyczne wybory odwróciły dotychczasowy , znany porządek rzeczy definitywnie - gdzieś tam... , a tu, na wielkopolskiej prowincji , daleko od spraw wielkich , nasze małe sprawy szły swoim torem .
Wciąż jeszcze prowadziliśmy intensywne życie towarzyskie. Spotykaliśmy się ze znajomymi , czasem u nas , czasem u nich . Jeździliśmy w odwiedziny do koleżanki I ( ze studium Ka) i jej męża i do mojej przyjaciółki z Torunia , do rodziny, robiliśmy sobie z dziećmi wycieczki do lasu i nad jeziora .
Kraj wyraźnie zaczął iść do przodu. Powstawały nowe firmy i sklepy , poprawiało się zaopatrzenie , firmy kupowały nowe technologie , zaczęły pojawiać się pierwsze spółki . Na tej fali i my zaczęliśmy się rozwijać, jakimś „owczym pędem „ zapewne wpasowaliśmy się w ten swoisty początek wyścigu szczurów i powoli posuwaliśmy się do przodu .Wciąż nie przewidując jeszcze ,że już niedługo staniemy przed wyborem : „państwowe” czy „swoje „.
Jeśli ktoś myśli,że od chwili wyprowadzenia się z domu moich rodziców ustały z nimi konflikty to niestety muszę z błędu wyprowadzić . Nie ustały . Średnio licząc raz na tydzień matka dzwoniła z jakimiś pretensjami , najczęściej urojonymi, albo przekręconego po swojemu wypowiedzianego w dobrej wierze przez kogoś z nas zdania, czy też w ogóle uczepiała się oderwanego od kontekstu słowa bez żadnego sensu i wokół tego budowała całą teorię spiskową wypominając wszystkie zaszłości , wady i przewinienia od zarania dziejów , nie wyłączając tego,że moja babcia ( nie żyjąca już od lat dziewięciu )nastawiała mnie przeciw niej. Czasem podkręciła ojca i dzwonił on. Czasem wpadali do nas z awanturą, bo coś tam ; najczęściej ktoś matce „coś mówił”. Do szewskiej pasji mnie to , „bo jej znajoma, sąsiadka,czy ktoś tam mówił” doprowadzało .Po którymś razie zareagowałam agresywnie . Wrzasnęłam :” słucham , kto , nazwisko i adres , to pójdę i dam po pysku !” Oczywiście nigdy się nie dowiedziałam , kto to taki a kończyło się jak zwykle: wyzwiskami i wielką obrazą . Temat jednak wracał co parę dni .Nasłuchałam się zawsze potem od małżonka, jakich to mam rodziców. Ano nie wybierałam ich sobie , tacy mi w udziale przypadli odgórnie, ale uwagi bolały. Bolały tym bardziej ,że kiedy próbowałam ponarzeć na siostrę Ka , która „ miała mi za złe „ , do dziś nie wiem co ale miała , bywała wobec mnie arogancka i złośliwa , mąż tłumaczył ją ,że on tego nie zauważa i że ona ma taki charakter . Czasem wręcz mi zarzucał , że to ja jestem zarozumiała, bo się do niej odnoszę z dystansem . To ,że próbuję się jakoś obronić do głowy już mu nie przyszło. Nigdy nie miałam w naturze agresji i nie zdarzało mi się atakować kogokolwiek , tym bardziej siostry męża . Przeciwnie , miałam nadzieję ,ze znajdziemy wspólny język . Z czasem dałam sobie spokój. Te wszystkie zatargi sprawiły ,że powoli ograniczaliśmy kontakty z moją rodziną , do najważniejszych świąt . Wymówka była prosta : coraz więcej pracy.
Pracy istotnie przybywało i w niedługim czasie trafiło nam się kilka całkiem nie złych kontraktów . Udanych kontraktów , które zaowocowały długoletnią współpracą ,a dwa z nich przetrwały do dziś.
Tym czasem znów nadchodziły kolejne zmiany .

sobota, 9 marca 2013

Szybciej


Rok 1989 zaczął się bardzo rozrywkowo i obfitował w wiele zdarzeń i w naszej rodzinie i w kraju. Epoka Commodore i Atari przeżywała właśnie swój rozkwit. Mój ambitny mąż jednak już od roku używał ZX80 czyli pierwowzór obecnie używanych komputerów PC. Niewiele na tym można zrobić poza nauką języka Basic i Pascal ( w jakiejś pierwotnej wersji ) oraz grami , ale i tak stał wyżej od wspomnianych . Razem z chłopakami podłączali to cudo do telewizora, długo , długo czekali na wgranie czegoś tam a potem zawzięcie grali w Submarine. Po ekranie pływały i polowały na siebie łodzie podwodne.
Zleceń z dnia na dzień przybywało i po kilku miesiącach legalnego funkcjonowania mogliśmy już się pochwalić kilkoma całkiem poważnymi kontraktami . Oczywiście poważnymi jak na tamte lata. Nasza pozycja szła w górę.
Za pożyczkę z mojej kasy zapomogowo- pożyczkowej kupiliśmy dobrej klasy wiertarkę udarową. Pieniądze miały być na wakacje, jednak interes firmy przeważył, ku mojemu żalowi , ale innej możliwości nie było. Profesjonalne wiertarki kosztowały wtedy fortunę i raczej trudno było je kupić więc gdy taka konieczność zaistniała i trafiła się okazja kupiliśmy , ograniczając tym samym wakacyjne przyjemności. Takich wyrzeczeń czekało nas jeszcze wiele.
Zaliczyliśmy pierwszą wywiadówkę u naszego starszego synka. Stopnie miał całkiem dobre. Po cichu marzyłam sobie ,że będzie prymusem , będzie zbierał nagrody i świadectwa z paskiem ale nie dane mu było. Na własne życzenie , bo głowę do nauki to on miał od dziecka . Z czasem przyszła refleksja,ze przecież nie każdy musi być „naj” a ważniejsze jest to co go interesuje i co osiągnie , a oceny … no cóż … I przecież my rodzice też nie mogliśmy się pochwalić samymi piątkami na świadectwach . Młodszy , chodzący jeszcze do przedszkolnej zerówki
rozrabiał okropnie. Co parę dni wysłuchiwałam od wychowawczyni, o tym co to mój synek nawyprawiał. Prosiliśmy, tłumaczyliśmy ,były i klapsy i zakaz oglądania bajek a i tak nic z tym nie mogliśmy zrobić . Miał taki charakter, że spokojnie usiedzieć nie mógł. Dziś by mu chyba jakieś ADHD przypisali .
Ka wciągał ich obu do swojej pracy. Oczywiście bez żadnego przymusu . Jeśli mieli ochotę jechali z nim i podawali narzędzia .Sprawia im to niesamowitą frajdę i wszystkim w około przechwalali się jak to pracują z tatą.
Matka urządzała mi z tego powodu awantury co parę dni ,że niby my dzieci wykorzystujemy i jak to z moją matką bywało od zawsze – żadne argumenty do niej nie docierały. Ojciec też zadowolony z tego nie był , ale w końcu kiedy temat przemyślał, po tym jak odwołałam się do tego ,że „przecież dawniej ojcowie uczyli synów zawodu , dlaczego nie miało by być tak z naszymi synami i przecież są pod opieką ojca „ stwierdził ,że właściwie to dobrze, bo się czegoś nauczą i nie włóczą po ulicy bez celu. Nawet teściowa uważała ,że to zły pomysł, choć oczywiście tylko wyraziła swoje zdanie . Teściowa w ogóle zawsze była po naszej stronie , co moim bardzo przeszkadzało i często wykłócali się i z nią, nawet ojciec ( podejrzewam ,ze podkręcony przez matkę). Metoda wychowawcza nawet jak na tamte czasy była nieco kontrowersyjna ale skuteczna .Nikt nie chciał przyjąć do wiadomości ,że my nie zmuszamy do tego dzieci. Jadą tylko wtedy gdy sami tego chcą. Po czasie okazało się ,że choć nie standardowa , to metoda wychowawcza sprawdza się doskonale . Nigdy nie mieliśmy problemów wychowawczych z naszymi synami . Za tę pomoc dostawali zawsze parę złotych. Nie za dużo oczywiście , ale i tak cieszyli się ,że sami zarabiają pieniądze. Dodatkowy plus tej sytuacji był i taki ,że Ka miał z nimi kontakt. Gdyby nie te wspólne wyjazdy do pracy w ogóle by się ze sobą nie widywali. Praca na dwóch etatach pochłaniała wiele godzin i mąż wciąż był nieobecny . No i nie należy zapominać o nauce szacunku do stanu posiadania . Jeszcze w zimie uzupełniliśmy wkład na książeczkę mieszkaniową, co niczego nie zmieniło , bo w spółdzielniach wciąż obowiązywały zasady z poprzedniej epoki a mijający kryzys nie sprzyjał budowaniu . Zapowiadało się jeszcze co najmniej 20 lat czekania na spółdzielcze, skromne M3. Tymczasem przyszła wiosna. Zmiany w Kraju widać już było gołym okiem . Poprawiło się zaopatrzenie , powstawały nowe firmy , rosło zapotrzebowanie dosłownie na wszystko. W naszej branży dotąd nierozwojowej można było sprzedać co tylko się chciało. Korzystaliśmy z tej koniunktury i my , i mimo ,że odbywało się to kosztem życia rodzinnego wchodziliśmy w to coraz bardziej. Poprawiało nam się materialnie. Niewiele z tego było dla nas , bo na razie inwestowaliśmy w firmę. Jakoś tak naturalnym trybem zaczęliśmy się rozwijać . Do końca szansy jednak nie wykorzystaliśmy. Brak środków finansowych i obawa przed ryzykiem niepowodzenia, po części też i brak doświadczenia , ograniczyły nam rozmach . Można wtedy było zrobić więcej i szybciej pójść do przodu.

czwartek, 28 lutego 2013

Początek był trudny


Miejsca na działalność w zasadzie nie mieliśmy, rezerw finansowych na rozwinięcie interesu też nie. Na razie nie było źle . Klienci chętnie dawali zaliczki na zakup sprzętu, rozumiejąc,że podobnie jak i oni zaczynamy a potrzebne narzędzia kupowaliśmy z tego co udało się zarobić na usługach albo za pieniądze z kas zapomogowo- pożyczkowych w naszych zakładach pracy. I bywały dylematy: beztroskie wakacje bez liczenia każdej złotówki czy wiertarka udarowa . Wiadomo,że wygrywała wiertarka ( trzeba się przecież było rozwijać nawet na pół etatu), a na wakacje jechaliśmy za to co udawało się wygospodarować z marnych budżetowych pensji. I naprawdę na płacz mi się zbierało , kiedy musiałam ograniczać wakacyjne przyjemności z powodu skromnych zasobów w portfelu.
Przydawał się samochód., chociaż coraz mniej z niego mogliśmy korzystać . Ktoś wprowadził głupawy przepis ;za marki zagraniczne płaciło się dużo wyższe ubezpieczenia niż za krajowe a garbus był przecież zagraniczny – nie ważne ,że liczył sobie 22 lata . Stopniowo uczyliśmy się tego wszystkiego. Na przykład posługiwania się wizytówkami . Tak, tak... Wiem, że to śmieszne , ale przed zmianą ustroju o wizytówkach czytaliśmy w książkach o życiu tzw. wyższych sfer. W codziennym życiu wizytówki nie istniały. Nikt nie wiedział jak powinny wyglądać , jakie mieć wymiary i jaką właściwie treść zawierać. Bywały więc na kolorowym kartonie , mniejsze lub większe od klasycznych standardów , złocone , ozdabiane szlaczkami i sznureczkami , wytłaczane pisane pismem ozdobnym i gotyckim; co tam komu wyobraźnia podsunęła. Częściej niż wizytówkami ludzie posługiwali się małymi karteczkami z pieczątką firmową . My zamówiliśmy klasyczne białe z czarnymi napisami i nie wyszukaną czcionką, rozmiar "drugi od końca " czyli 5x9cm. Zawierały tylko nazwę firmy i dane adresowe. Nie dlatego,że wiedzieliśmy jak ma wyglądać klasyczna wizytówka ,bo nie wiedzieliśmy ,ale dlatego,że takie były najtańsze a jak wspomniałam kasy na inwestycje nie mieliśmy zbyt wiele.
Zamówiliśmy więc wizytówki , które Ka zostawiał zwykle u dostawców i ważniejszych klientów i coraz częściej sprawy prowadziliśmy przez telefon. Posiadanie telefonu to w ogóle była wielka nasza przewaga i coś co podnosiło nam prestiż .Wcześniej telefony posiadały firmy ,instytucje i kilku wybrańców. Nie każdy kto zakładał swoją działalność od razu dysponował telefonem. Nadal na przydział telefonu się czekało. Polak jak wiadomo jednak potrafi, Wielkopolanin tym bardziej a już szczególnie mieszkaniec naszego miasta . Zaczęły się zawiązywać komitety społeczne ,komitety urządzały zrzutki na zakup infrastruktury i występowały do UT z petycjami o stelefonizowanie tej czy innej ulicy , wsi , dzielnicy , okolicy – zależnie od potrzeb. A UT szedł na rękę komitetom i telefonizował. Czasem ,żeby uchodzić za rozwiniętą, dobrze prosperującą i wiarygodną firmę , a nie jakiś jednoosobowy, początkujący warsztat z prowincji robiliśmy coś co dziś nazywa się "ściema". Ja odbierałam telefony do Ka i wołam do niego "szefie telefon z Zielonej Góry" , a szef siedział obok mnie na naszej własnej domowej kanapie , albo za szafą w swojej wnęce, odbierał po kilkunastu sekundach, że niby taki zajęty. W ten sposób pozyskaliśmy co najmniej kilku naszych dostawców. Mniej więcej w tym właśnie czasie powstał pomysł na obecną nazwę firmy, który zresztą od razu wprowadziliśmy do obiegu drukując na wizytówkach mimo, że oficjalnie nazwa jeszcze nie istniała .
A wracając do telefonów , to w tamtym czasie mało kto w naszym kraju umiał i chciał załatwiać jakieś sprawy telefonicznie. Zwykle było tak,że dzwoniliśmy po kilka razy i po kilka razy tłumaczyliśmy to samo , a potem i tak trzeba było wysyłać pisma pocztą . Faxy dopiero miały się pojawić a na teleks nie było nas stać i w ogóle mało kogo było. Teleksy miało tylko kilka największych , państwowych firm w mieście. Pisanie jak wiadomo to moja działka więc pisałam : korespondencję , oferty , rachunki, dokumentacje, zamówienia...
Kolejna rzecz , której musieliśmy się nauczyć to sporządzanie dokumentacji technicznych. Po jakimś czasie ta część działalności tez przypadnie mi w udziale, z wyjątkiem wykonywania rysunków technicznych. Tego nigdy się nie uczyłam i nie chciałam się za to zabierać. Wtedy nie wiedziałam jeszcze ,że kiedyś nauczę się je czytać i pomagać sobie przy sporządzaniu dokumentacji i kosztorysów. Rysunkami i dokumentacją zwykle zajmował i nadal zajmuje się mąż; opracowuje je ,a ja najczęściej tylko nanoszę dane i przeliczam ale bywało ,że zostawałam sam na sam z takim zadaniem . Trzeba sobie było jakoś poradzić .
Cóż Los spełniając moje marzenie o pisaniu wywinął mi małego fikołka : chciałam pisać , to i piszę do dziś ; papierki we firmie. 

czwartek, 21 lutego 2013

Moda na biznes


Święta jak zwykle obchodziliśmy u siebie w ciszy i spokoju. Na Sylwestra zmówiliśmy się z P i jego żoną dzień przed . Dołączyli do towarzystwa ich sąsiedzi z bloku , a starsze dzieci poszły się bawić do sąsiadów. Bawiliśmy się świetnie , wszyscy mieli dory humor . Piliśmy wino , podjadaliśmy pączki , które upiekła sąsiadka , tańczyliśmy. Wtedy jeszcze się chciało , energia rozsadzała a życie towarzyskie kwitło.
Po nowym roku firma nadal się rozkręca ła . Nie było to takie proste jek się wydaje. Nie chodziło o sprawy techniczne czy księgowe Z techniką mój mąż był za pan brat od dziecka , zawsze to czuł i lubił a księgowość , wtedy dość prymitywną , jak każdą czynność po prostu trzeba było opanować . Była jeszcze druga strona . Teren zupełnie nam nie znany i chyba nikomu , kto w tamtym czasie coś zaczynał : negocjacje , biznesowy savoire vivre , wizytówki , korespondencja ,stosowny ubiór , sposób komunikowania się . Sprawy , które dziś dla zdecydowanej większości są tak oczywiste jak spanie i jedzenie a 25 lat temu istniejące jedynie w naszych wyobrażeniach o tym w jakich ramach powinna codzienność biznesowa się mieścić . Inna sprawa,że wiele błędów i niedociągnięć wtedy uchodziło . Na oprawę mniej zwracano uwagę .Liczyła się praca i kasa.
O wizytówkach , telefonach i spotkaniach jeszcze napiszę . Trochę miejsca muszę poświęcić jednak modzie biznesowej a właściwie to jej historii i ewoluowaniu .
Lubię perły , jednak nigdy nie założyłabym ich na oficjalne spotkanie biznesowe , ale o tym ,że nie należy tego robić dowiedziałam się wraz z rozwojem firmy i tak zwanym "bywaniem ". W 1988 roku kiedy zaczynalismy nie śniło mi się zresztą, że będę kiedyś prawdziwe perły posiadać, dysponowałam otrzymanym kiedyś w prencie od matki niewielkim sznureczkiem sztucznych z Jablonexu i zdarzało mi się je nosić do jak sądziłąm wyjściowych ubrań. Ba, w dziedzinie mody nigdy ekspertką nie byłam i do dziś nie jestem ale ponad 20 lat mam do czynienia ze środowiskami biznesowymi mogę się paroma spostrzeżeniami w tej kwestii podzielić, bo moda biznesowa ewaluowała wraz z poszerzaniem kontaktów i rozwojem biznesu jako takiego.
Pod koniec lat 80-tych i na początku 90-tych , kiedy na szaberplacach w Austrii, Niemczech Zachodnich i Szwecji rosły fortuny nowobogackich a my zaczynaliśmy swoją przygodę z biznesem w branży usługowej, za szczyt biznesowej elegancji w naszym Kraju uchodziły dla panów czarne spodnie z miękkiej, lejącej tkaniny z zaszewkami i zwężającymi się do dołu nogawkami wykończonymi mankietem, biała lub czarna trykotowa koszulka i kolorowa marynarka ; zielona, czerwona, bordo, ruda, zieleń morska , kto tam co lubił i udało mu się kupić . Na jakieś ważniejsze wyjścia zamiast koszulki trykotowej biała lub czarna koszula, często z chińskiego jedwabiu i krawat w kolorze marynarki, najlepiej jeśli był skóropodobny ( z prawdziwej skóry raczej się nie spotykało). Strój ten uzupełniały , o zgrozo : biale skarpety frotte i czarne mokasyny ! Jednego takiego znam ( notabene szef jednej z dwóch miejscowych sieci restauracji i barów), który do dziś tego stylu nie zmienił.. I atrybut obowiązkowy : elektroniczny zegarek w plastikowej oprawce. Niektórzy , szczególnie z branży samochodowej i związanej z handlem bazarowym preferowali dresy typu „kresch „ w różnych kolorach zarówno w wersji damskiej jak i męskiej. Panie biznesmenki nosiły w tamtym czasie włochate sweterki ( sama taki miałam w kolorze miodowym, a nosiłam do czarnych spodni lub spódnicy) z moheru – często wyszywane koralikami , albo cekinami albo garsonki z satyny jedwabnej we wszystkich kolorach tęczy nie wyłączając wściekłego różu. Obwieszały się wielkimi złotymi wisiorami, kolczykami, zakładały po kilka złotych pierścieni i nosiły torebki – podróbki markowych , kupowane na wyprzedażach za 1 markę z berlińskich sklepów należących do Azjatów . Panowało przekonanie,że najlepszą oprawą i wskazaniem na kondycję firmy jest ilość złota noszona jednorazowo wbrew zasadzie,że prawdziwa elegacja cechuje się prostotą i umiarem.
My nigdy nie ubieraliśmy się w ten sposób , mąż chodził jak zwykle w dżinsach albo sztruksach , i sportowych marynarkach . Jak się okazało w dłuższej perspektywie nie był to wcale zły pomysł. Ze mną bywało różnie, choć przyznać muszę, że i mnie zdarzało się jechać na spotkanie w kolorowej , powiewnej spódnicy w kwiatki i czarnym żakiecie np. Tylko,że wtedy nikt na to nie zwracał uwagi, nikogo to nie raziło . Tak było i już. Sposób ubierania się za bardzo się nie liczył. Po prostu ludzie nie wiedzieli wtedy ,że trzeba inaczej .
W miarę upływu czasu i poszerzania kontaktów to dziwactwo zaczęło się zmieniać. Jeszcze w pierwszej połowie lat 90 -tych , na targach branżowych można było spotkać na stoisku pana w koszuli z kołnierzykiem i swetrze , albo w tweedowej marynarce w kratkę z łatami na łokciach , albo innego w np. szarym garniturze , białych skarpetkach i mokasynach rozdającego kartki z pieczątką zakładu zamiast wizytówek . Pamiętam jak na lokalnych targach związanych z terenami inwestycyjnymi w roku 1994 wystąpiłam na stoisku w zielonej , wprawdzie jedwabnej ale jednak ,garsonce z białym kołnierzem i mankietami. Strój był całkiem ładny i elegancki ale odpowiedni np . na wesele lub przyjęcie komunijne ;z całą pewnością nie nadawał się na stoisko targowe .. I do dziś mi trochę głupio , bo przy naszym stoisku zatrzymała się sama Pani Premier Hanna Suchocka i nawet jedno , króciutkie zdanie z nią zamieniłam. Oczywiście , nienagannie ubrana w beżowy kostium. Mój małżonek na tych samych targach występował w białej koszuli , jasnoszarym garniturze i różowym krawacie w jakieś ciemniejsze „esy -floresy” . Na szczęście w normalnych szarych skarpetach i wiązanych butach. Do dziś się z tego śmiejemy kiedy oglądamy zdjęcia. Następnego roku na targi branżowe do Łodzi pojechaliśmy już bardziej biznesowo ubrani choć też nie do końca.. Mężuś w ciemnym garniturze , koszuli w prążki i dobranym pod kolor krawacie , ale z jakąś tanią , skóropodobną teczką i tanim zegarkiem na ręce , jednak wyposażony w drukowane wizytówki , ja w szarym kostiumie – jeszcze z kolorową bluzką do tego ,złotym łańcuszkiem na szyi i kolczykami w uszach ale było nam już bliżej do właściwej mody . W kolejnych latach targowych spotkań moda nagle się ujednoliciła i wśród wystawców i gości targowych. Styl zdominowały ciemne garnitury i kostiumy , białe koszule i bluzki , stonowane krawaty , wiązane buty , eleganckie , nie rzucające się w oczy dodatki typu zegarek, okulary, pióro, wizytownik – obowiązkowe ; nie wypada wyciągać wizytówki wprost z kieszeni - , stonowane , skórzane teczki i torebki w prostych fasonach . W miarę budowania marki , tworzenia logo i czegoś co nazwać można wizerunkiem firmy zaczęły pojawiać się ujednolicone stroje firmowe , często w kolorach logo firmy .
Jeśli chodzi o nas , to mąż całe lata chodzi ubrany niemal tak samo. Ponieważ oprócz spotkań wykonuje też część zleceń co czasami wiąże się z programowaniem , czasami z użyciem wiertarki, albo chodzeniem po dachu ,to nie ubiera się na co dzień w garnitury , a jedynie na ważne spotkania , ale i tak zawsze ma na sobie markowe dżinsy albo inne spodnie ,koszule z Polanexu, Wólczanki lub Sunset Suis, sportową marynarkę z Bytomia czy Intermody , dobrej jakości krawat i wiązane buty. Oczywiście zegarek , okulary , teczka, też w dobrym gatunku. Z racji branży jaką się zajmujemy laptop i komórka obowiązkowo najnowszej generacji. I tylko tyle się zmieniło , gatunki i marki . Ja teraz pozwalam sobie na większy luz. Mniej- więcej od początku lat 90-tych ubierałam się w szare ,oliwkowe lub czarne kostiumy ze spódnicą lub spodniami i białe , popielate lub kremowe bluzki koszulowe , w upalne lata lniane komplety w kolorach czarnych lub kremowych. Z biżuterii ,obrączkę , bo to jest zawsze dobrze postrzegane , i 1 delikatny łańcuszek lub naszyjnik ( z opcją na naszyjniki , za łańcuszkami nie przepadam) lub 1 skromny pierścionek lub tylko delikatne kolczyki. . Zawsze : jeden z tych elementów. Nigdy wszystko razem. Plus do tego torebka – dyplomatka ze skóry .Teraz podobnie jak mąż noszę jeszcze dobre okulary, markowego laptopa , komórkę i wizytownik od Batyckiego , chociaż tym za nadto się nie chwalę . Jakoś nigdy nie stałam się fanką metek . Jeśli chodzi o ciuchy to jak wspomniałam , zaczęłam sobie pozwalać na większy luz. Do biura zakładam często np. dżinsową spódnicę i tweedowy żakiet, latem jakieś lekkie sukienki.. Pracę mam jaką mam. Większość czasu zajmuję się sprawami papierologiczno – logistycznymi, ale zdarza mi się jechać na budowę z materiałami albo dokumentami, albo przepakowywać materiały instalacyjne w hurtowych ilościach czy wsiadać w firmowego busa i jechać do dystrybutora po np. szafę serwerową, bo i to już robiłam . Kostium i szpilki w tej sytuacji nie wskazane. Nie maluje też paznokci i zwykle mam krótkie. Mojej pracy żaden makijaż nie przetrwa. 

piątek, 15 lutego 2013

Czas na nowe doświadczenia



Wróciliśmy wypoczęci i opaleni. Synek już w pełnej formie. Po wakacjach szedł do I klasy. Szkołę mieliśmy po drugiej stronie ulicy. Jako ,że rejonizacja obowiązywała nadal trafił do „dwójki „ - już nie tak legendarnej jak w czasach gdy my pobieraliśmy nauki w podstawówce. Mąż dumnie podkreślał ,że będzie w tej samej szkole co tatuś. Już po dwóch dniach oświadczył nam ,że on już będzie chodził sam i nie chce żeby ktoś go odprowadzał. Zastosowaliśmy się do jego życzenia, cóż , nas też nikt nie odprowadzał dłużej niż kilka dni , a mnie tylko raz w dniu rozpoczęcia roku. Uczył się dobrze . Tymczasem Ka dostawał następne zlecenia. Było już ich bardzo dużo , na tyle ,że zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad zarejestrowaniem działalności zwłaszcza, że w Kraju następowały wyraźne zmiany . Głośno i otwarcie już mówiło się o braniu spraw w swoje ręce. Kierując się po części chęcią uniknięcia kłopotów z fiskusem , po części wizją dostatku i jakimś pionierskim duchem przygody WZIĘLISMY . 23 listopada 1988 roku zarejestrowaliśmy firmę , na razie na pół etatu. Żeby w ogóle ją zarejestrować musieliśmy przyjąć nazwę „ wyrób i naprawa” co z zasadniczą działalnością nie miało to wiele wspólnego , ale obowiązywały jeszcze socjalistyczne przepisy , a na ich mocy inaczej być nie mogło. O wszystkim decydował urząd skarbowy. Ustalono nam ryczałt podatkowy na poziomie 40% obrotu , wręczono książkę rachunkową ; bardzo prostą ; po jednej stronie przychody, po drugiej wydatki . Nie wymagała ,żadnego liczenia i różnicowania zakupów czy tworzenia kont . Należało tylko zapisywać kwoty i przechowywać rachunki. Dokładnie miesiąc później 23 grudnia 1988 roku weszła w życie ustawa o wolności gospodarczej a z nią nowe zasady działania firm prywatnych – kapitalistyczne. Ustrój socjalistyczny tak pracowicie budowany przez 40 lat z okładem odchodził w niebyt . NOWE wkroczyło do naszego Kraju oficjalnie . Mało kto zdawał sobie sprawę co to naprawdę oznacza i co czeka obywateli . A czekały krew , pot i łzy . Nowy ustrój nie sprowadził natychmiast upragnionego dobrobytu . Czekała nas przeciętnych "Kowalskich" ciężka praca u podstaw i nauka . Nie każdy chciał podjąć to wyzwanie , nie każdy kto podjął ,też mu sprostał . Wielu się srodze rozczarowało. Zdecydowana jednak większość zobaczyła w nowym ustroju swoją szansę , ludzie odzyskiwali nadzieję . To sprawiło ,że było ogromne przyzwolenie i akceptacja na wszelkie niedogodności związane z transformacją . Nikt z nas nie przypuszczał wtedy ,jak dalece, w miarę upływu lat ten potencjał tkwiący w ludziach zostanie zmarnowany .
Ka wykonywał zlecenia , ja uczyłam się prowadzić księgowość. 25 lat temu było to całkiem proste zwłaszcza,że o wszystkim decydował urząd skarbowy, jak wspomniałam wyżej – od nazwy firmy zaczynając , sposobie prowadzenia księgowości i wysokości podatku kończąc. Od chwili otrzymania dokumentów Ka przyjmował zlecenia już legalnie . Jednocześnie poznawał nowy sprzęt i szukał dobrych dostawców. Na razie nie wiązaliśmy tej działalności z naszą przyszłością. Po prostu chcieliśmy legalnie dorobić do pensji. Ja także próbowałam znaleźć sobie dodatkowe zajęcie i zatrudnilłam się w towarzystwie ubezpieczeniowym , co z moimi kompleksami było próbą desperacką . Do takiej roboty trzeba mieć predyspozycje . Poradziłabym sobie z tym dziś . Wtedy, w koncu lat 80-tych nie umiałam ani się swobodnie wysławiać , ani nie miałam pojęcia o negocjacjach i wciąz obawiałam się kontaktów z ludźmi. Nic z tej "fuchy" jednak nie wyniknęło – skończyłam zanim jeszcze na dobre spróbowałam - szef okazał się pijakiem .
Własna firma rozwijała się nam w zaskakująco szybkim tępie. .Zleceń z tygodnia na tydzień przybywało, Ka pracował często do późnych godzin nocnych , w urzędzie telekomunikacyjnym coraz głośniej było o zmianach , a koledzy z pracy męża zazdrośnie spoglądali na tę jego dodatkową dzialalność . 

czwartek, 14 lutego 2013

PAMIĘTNIK ZNALEZIONY W SZAFUNIERCE


Fragmenty zapisków z wakacji ; bez upiększeń , poprawek i zmian . Tak jak robiłam je w szarym notesie ,na bieżąco w trakcie wyjazdów. 

1988 DĄBKI

1.07.1988 Piątek
Przygoda nr 1 – trzy kilometry przed Dąbkami strzeliło nam koło ( nie licząc rozładowanego akumulatora). Pogoda cudowna . Miejscowość dość podła; ośrodek przy ośrodku . Camping jeszcze gorszy. Pusty plac przy drodze, tyle,że tani. Plaża nie zbyt interesująca, kamienista ( a propos: kilka okazów kamyków już mam) . P chory. U ma wreszcie dobry humor. Dzieci szaleją.

2.07.1988 Sobota
Przygoda nr 2 – dwie panie z RFN pytały o camping z ciepłą wodą . K. udzielił informacji i na koniec daliśmy im naszą mapę campingów. W zamian dzieci dostały 3 gumy do żucia i prawie 1kg pomarańcz. Poza tym lało a K wzbudził sensację budując z dziećmi zamek z piasku.

3.07.1988 Niedziela

cały dzień dzieci moczyły się w morzu, kulały po piasku, zbierały kamienie i muszelki .
Pogoda śliczna; słońce, upał i lekki wietrzyk

5.07.1988 Wtorek

Upał i cudownie spokojne morze. K i U byli w Darłowie . P dalej choruje.
Po południu graliśmy w karty a potem chodziliśmy po plaży . Dzieci dalej mokną w morzu. Ja też się wykąpałam , w sukience . Dzięki mężowi zresztą .

7.07.1988 Czwartek
Ponuro, pochmurnie i szaro. K jechał z resztą towarzystwa do Koszalina a ja z W pilnuje obozu. Ciągle czegoś pilnuję . Wieczorem jeszcze jedna wyprawa do Darłowa . Pijemy wino

8.07.1988 Piątek

Przygoda nr 3. Ka wykąpał się w płynie do naczyń . Efekt taki,że zły był potem cały dzień . Poza tym nic. Opalamy się , dzieci dalej szaleją. Wieczorem spotykamy się przed namiotem na kolacji. Powiększam kolekcję kamieni.

9.07.1988 Sobota
Pogoda dalej piękna . Przyjechali bardzo sympatyczni Poznaniacy . Maluchem przyciągnęłi przyczepę campingową . Nareszcie normalni ludzie. Przesiedzieliśmy u nich cały wiewczór i pół nocy.

11.07.1988 Poniedziałek
Upał, upał, upał … Rano jedziemy do Koszalina po koło. Cały dzień boli mnie głowa. Po południu panowie poszli pieszo do Darłowa a my , jak dwie kwoki pilnujemy dzieci . Wieczorem robimy spacer do Dąbkowic . Dzieci po tym spacerze padły i śpią.
Nocą robimy szaloną wyprawę nad morze. Alkoholi było mało i do Szwecji nikt nie chciał płynąć . Ale wesoło było i odrobinę romantycznie.

12.07.1988 Wtorek
Pogoda dała nam się wyspać po nocnej eskapadzie . Od rana lało , potem się wypogodziło i zrobiliśmy Wielką Wyprawę do Dąbkowic – pieszo. Do samej miejscowości nie doszliśmy. Trochę przed skręciliśmy na wydmy i wróciliśmy brzegiem morza. Najwięcej werwy miały dzieci.


13.07.1988 Środa

Opalamy się ! Upał chyba największy od początku naszego urlopu . Wieczorem spacer. Dzieci są zmęczone . Nawet biegać nie mają ochoty.

14.07.1988 Czwartek
Pogoda nadal nam sprzyja. Namiot zwinęliśmy tuż przed deszczem . Potem już lało całądrogę powrotną . Po drodze zbieram grzyby. Wyszedł mały słoiczek. Symboliczny ale może dzięki niemu Ui P będą miło wspominać urlop z nami... Dotarliśmy bez przygód.

sobota, 9 lutego 2013

Czas na nowe doświadczenia


Tuż po powrocie ze spartakiady nasze dzieci zaczęły chorować. Jeszcze nigdy nie spędziłam tylu dni na opiece jak wtedy. Najpierw młodszy , potem obydwaj , w końcu starszy. Tym razem bardzo poważnie , bo na zapalenie opon mózgowych. Mieliśmy jednak szczęście bo synek trafił do bardzo dobrego poznańskiego szpitala. Dostałam stałą przepustkę i mogłam z nim być codziennie a gdyby nie to ,że był jeszcze młodszy synek mogłabym  tam z nim nocować , co na tamte czasy i ogólnie przyjęte kryteria funkcjonowania służby zdrowia było na swój sposób nowatorskie . Jeździłam do niego codziennie po pracy ,pociągiem oczywiście a jeśli tylko mogłam urywałam się wcześniej. Młodszego synka odbierali z przedszkola dziadek na zmianę z tatą. Tęsknił za bratem i w ogóle nie bardzo wiedział w tym czasie co ze sobą robić . Chłopcy byli i są nadal z sobą bardzo zżyci Synek leżał w szpitalu 33 dni.
Szpital jak na ówczesne warunki wyposażony był bardzo nowocześnie i wzorcowo . W izbie przyjęć miał zainstalowany ultrasonograf i nawet elektroencefalograf do pomiaru fal mózgowych , którym wtedy mogły się poszczycić tylko najlepsze szpitale specjalistyczne. Dysponował też sprzętem jednorazowym , dzieci dostawały bardzo dobre jedzenie , nawet słoikowe deserki Gerbera tak powszechnie dziś podawane dzieciom . Na dzień dziecka każde dziecko dostało prezenty w postaci słodyczy i klocków .Sale były jednoosobowe z łazienką i wyjściem na wielki , ogrodowy taras. Jeśli mama życzyła sobie być na oddziale z dzieckiem dostawiano dla niej prowizoryczne łóżko . Zaskoczył nas poziom opieki . Ile razy przyjeżdżałam do szpitala w sali z synkiem ktoś był ; czasem salowa , czasem pielęgniarka , bardzo często lekarze stażyści lub studenci . Z innymi dziećmi również . Do starszych przychodziła nauczycielka i odrabiała z nimi lekcje. Niech mi ktoś powie ,że u schyłku historycznego już ustroju źle funkcjonowała służba zdrowia. Podziękowaliśmy pani doktor prowadzącej , córce sławnej profesor Chmielowej zresztą wielkim bukietem kwiatów ( takim,że kwiaciarka skomentowała nawet,że na takie kwiaty to ktoś musiał mocno sobie zasłużyć ) i wielkim pudłem słodyczy dla dzieci z oddziału. Pani doktor kwiaty włożyła po prostu do wazonu a za słodycze dziękowała nam ze łzami w oczach z radości,że pamiętaliśmy o dzieciach . Pielęgniarki i salowe dostały tort i kawę .
Po powrocie miałam jeszcze dalszą opiekę na synka , już bezpłatną – przekroczyłam ustawowe 60 dni przysługujące mamie na opiekę nad chorym dzieckiem . Pobyt synka w szpitalu przypłacam zapaleniem zakończeń nerwowych. Poratowała mnie lekarka z przychodni dziecięcej i zapisała silne leki przeciw zapalne i przeciwbólowe. Ratowała tak każdego kto potrzebował pomocy nie pytając za bardzo czy chce, jeśli widziała,że komuś z personelu z którym pracowała coś dolega . Można było na nią zawsze liczyć , nawet w środku nocy , pomocy nie odmawiała nigdy . Teraz już takich lekarzy się nie spotyka .
W lipcu wyjechaliśmy nad morze do Dąbek. Dwa tygodnie na słońcu i świeżym powietrzu.