piątek, 27 lipca 2012

Czas na snucie planów


Jak przewidywałam , gorsze oceny mają wpływ na moje relacje z rodzicami. Teraz dopiero mi dokuczają , o studiach każą zapomnieć. Wtedy to usłyszałam, też przy okazji ,że właściwie to w ogóle nie powinno być mnie na tym świecie i że matka żałuje,ze nie pozbyła się ciąży. Dziwne i porażające uczucie ,usłyszeć coś takiego z ust własnej matki . Odbiera wiarę w siebie i wiarę w człowieka w ogóle. Płaczę z tego powodu w poduszkę kilka kolejnych nocy. Od całkowitego załamania dzieli mnie tylko świadomość ,że istnieje ktoś , kto darzy mnie jakąś sympatią i to, ja mam na kim skupić swoje uczucia – to jest nawet ważniejsze. Teraz znów jest między Ka i mną jak było. Koleżanki i koledzy ze szkoły tez już nie dziwią się ,że jesteśmy razem. I nie robią złośliwych uwag. Przyjęli do wiadomości. My sami nie obnosimy się ze swoim uczuciem. Na przerwach zazwyczaj tylko rozmawiamy, nie trzymamy się za ręce i w żaden inny sposób nie demonstrujemy uczuć.
Na studniówkę Ka nie zostałam zaproszona .O tym ,kto może lub nie może brać w niej udział decydowało grono profesorskie. W jego klasie zresztą ten problem prawie nie istnieje . Brakuje zaledwie 2 czy 3 dziewcząt.
Jest za to na tym balu moja przyjaciółka R. Cóż, jej chłopak P. jest jednym z najlepszych uczniów w szkole , udziela się w kółkach naukowych , sporcie i w ogóle jest człowiekiem wszechstronnym. Wiele mu wolno. Zaprosić na studniówkę swoją dziewczynę z młodszej klasy również. Opinie o tym w naszej klasie były różne. Nie wszystkim się to podobało, uważali wręcz, że R się wkręciła , mieli za złe... Ja swoim zwyczajem milczałam , nie interesowały mnie tego rodzaju gierki. R uważałam za swoją przyjaciółkę i nie dopatrywałam się w jej zachowaniu niczego złego.
Resztę składu jakoś uzupełniono..Studniówki odbywały się w szkole. Na tę okazje klasy zamieniały się , a to w galerie sztuki, a to w las, plażę, czy średniowieczny zamek, czy co tam która klasa wymyśliła i zbudowała. Tradycją był konkurs na najlepsze dekoracje. Obowiązywał też strój wieczorowy. Dla dziewczyn , długa , czarna lub granatowa spódnica, dla chłopaków garnitur i obowiązkowo muszka. W tym jednym dniu wolno też było zrobić sobie makijaż. Dziś to brzmi śmiesznie , ale w roku 1979 takie właśnie zasady w naszym LO obowiązywały.
Mniej- więcej w tym czasie poznałam siostrę Ka i nawet zostałam zaproszona do jego domu . O ile mama Ka przyjęła mnie bardzo sympatycznie i ucieszyła z podarowanej jej gerbery , o tyle siostra od początku trzymała dystans i miała za złe. Do dziś nie wiem co faktycznie wtedy do mnie miała i nawet nie zamierzam o to pytać. Nasz związek ( na potrzebę tego co piszę użyłam słowa bardzo uwspółcześnionego – w końcu lat 70-tych słowo związek funkcjonowało w odniesieniu do małżeństwa ) , zaczął wyglądać poważnie , ale też nadchodził dla obojga nas czas poważnych decyzji i planowania przyszłości . 

poniedziałek, 23 lipca 2012

drugi atak zimy stulecia


O tym jak wyglądał pierwszy atak zimy i jakie spowodował skutki już pisałam więc tym razem postaram się skupić na ludziach. Wspominałam już o tym, jak moja przyjaciółka z LO wyskakiwała z jadącego pociągu .Inna przygoda spotkała moich sąsiadów . Ich starszy syn ( brat W – seminarzysty ) miał się żenić na początku lutego.
Przygotowania trwały już jakiś czas. Gotowe było w zasadzie wszystko z wyjątkiem garnituru. Jak wiadomo , w roku następnym kryzys w kraju osiągnął apogeum , a w kolejnym nastał stan wojenny. W 1979 były już poważne braki w zaopatrzeniu . Garniturów w sklepach nie było. Moja matka pracowała wtedy w zakładach odzieżowych jako referentka . Jej zakład szył mundury dla wojska i służb mundurowych. Był częścią tzw. zjednoczenia .Sobie znanymi sposobami załatwiła synowi sąsiadów zakup garnituru w „zjednoczonym” zakładzie wprost z taśmy produkcyjnej.. Garnitur przyjechał z Bydgoszczy dosłownie tydzień przed terminem ślubu, dokładnie w chwili kiedy po raz drugi droga do miejscowości , gdzie się mieścił zakład matki została odcięta , tym razem ponad dwumetrowymi zwałami śniegu. Syn sąsiadów gotów już był brnąć przez zaspy żeby go odebrać. Matka doradziła mu żeby poszedł na dworzec porozmawiać z kolejarzami , może pojedzie coś w tamtą stronę. Po trzech dniach w kierunku miejscowości wyruszyła lokomotywa wyposażona w pług śnieżny. Tym niecodziennym środkiem transportu , po 5 godzinach kolega dotarł po odbiór garnituru. Wracał pół drogi złapanym „na stopa” ciągnikiem , drugie pół brnąc przez zaspy pieszo, taszcząc pod pachą pakunek. Ślub mógł się odbyć. Powstał tylko drobny problem. Wybranka pochodzi ze Słupska i tam też miała być ceremonia. Sąsiedzi nie byli jednak bezradni. Dysponowali własnym środkiem transportu i to całkiem jak na owe czasy luksusowym czyli autem marki Moskwicz. Pojechali następnego ranka. Dotarli po trzech dobach na godzinę przed ślubem. Nie wiedzieli czy jadą właściwą drogą. Jechali śnieżnymi tunelem mniej – więcej na północ. Powiadomić rodziny panny młodej nie mieli jak. Globalna sieć komórkowa miała powstać dopiero w parę lat później a telefony w domu mieli tylko wybrańcy losu. Zresztą i tak większość z nich nie działała bo wichury pozrywały linie napowietrzne. Historia jednak miała szczęśliwe zakończenie. Pobrali się i do dziś są razem.
Tej zimy i ja miałam swoje przygody. Na ferie wybrałam się do brata ojca , mojego chrzestnego aż pod Szczecin..Po części żeby towarzyszyć w podróży babci , która miała już 80 lat i taka podróż mogła być dla niej męcząca, a po części ,żeby pod okiem wuja i ciotki podciągnąć się z chemii i biologii – dwóch zmór gnębiących mnie w LO. Do Bydgoszczy po babcię dojechałam z dwugodzinnym opóźnieniem ale bez większych problemów. W tamtym czasie te 106 km z mojego miasta do Bydgoszczy w ogóle jechało się długo i z kilkoma przesiadkami więc te 2 godziny wielkiej różnicy nie zrobiły. Do Szczecina też dojechałyśmy bez problemów , a tam czekał na nas wujek ze swoim trabantem. Wakacje mijały mi przyjemnie. Babcia czytała , korzystając z dobrze zaopatrzonej biblioteki cioci i wujka , ja trochę się douczałam , trochę bawiłam z moją 8- letnią kuzynką , która na czas mojej wizyty , uznała mnie za absolutny i niekwestionowany autorytet odkąd zrobiłam jej na szydełku ludzika w szaliku i czapce z rydelkiem a potem czapeczkę dla niej w takim samym kolorze jak miał ludzik. Chodziłyśmy na pobliskie łąki zalane na jesieni przez Odrę , a teraz zamarznięte i przez to świetnie nadające się do jazdy na łyżwach. Małą nauczyłam jeździć i odtąd co dziennie szalałyśmy na łyżwach. Popołudniami wujek zabierał mnie do Szczecina na zwiedzanie miasta. Wprawdzie poruszanie się utrudniały zaspy , ale nie było źle. W czasie jednej z takich wypraw zaprosił mnie na ciastka i kawę do kawiarni , która mieściła się w zamku Książąt Pomorskich i uchodziła za bardzo elegancką i prestiżową . Faktycznie: wystrój w stylu sali rycerskiej, lśniące marmury na posadzkach ... No i byłoby pięknie , ale w chwili kiedy weszliśmy do ciepłej sali stopniał nam śnieg przyklejony do butów i jak tylko zrobiłam dwa kroki po tym błyszczącym marmurze nogi mi pojechały na boki i wyrżnęłam się jak długa przestawiając krzesło i robiąc potworny rumor. Barman i kelnerzy nawet okiem nie mrugnęli. Jakby nie było zdarzenia a mnie było niesamowicie wstyd . Zjadłam swoje ciacho i chciałam jak najszybciej wyjść ( tę wywrotkę potraktowałam jak osobistą porażkę i gryzłam się nią dobrych parę miesięcy) i właśnie kiedy wyszliśmy z zamku' śnieżyca szalała już w najlepsze. Do mojego powrotu do domu zostały 3 dni. Przejechanie 24km żeby dotrzeć do domu wujka zajęło nam 4 godziny. Zaczęło się od tego,że na jednej z głównych ulic, którą mieliśmy wracać przewrócił się wagon tramwajowy. Cała ulica została zablokowana . Pojechaliśmy objazdem. Na następnej zderzyły się dwa auta , niegroźnie , ale przejazd i tak zatarasowały. Wujek postanowił przejechać skrótem przez jakieś osiedle. Za pierwszym zakrętem wjechaliśmy w zaspę zakopując się aż po dach. Odkopał nas i pomógł wyjechać jakiś miejscowy menel, pomagając sobie szmatami i pociągając co chwilę coś bliżej nieokreślonego z butelki po oranżadzie. Sto metrów dalej wjechaliśmy w zaspę po raz drugi. I tym razem pomógł nam menelek ,częstując nas odpowiednio sformułowaną wiązką przekleństw. Do domu dotarliśmy późną nocą . .Jeszcze w pierwszym tygodniu wysłałam kartkę do rodziców ,że zamierzam wracać w następny tydzień w piątek. O tym ,że rodzice jej nie dostali dowiedziałam się po powrocie. W dniu mojego powrotu śnieg padał nadal . Postanowiliśmy ,że pojadę wcześniejszym pociągiem około południa. Niestety południowy pociąg odwołano. Następny z 15.00 miał być opóźniony. Około 18.00 podstawili w końcu pociąg, zaraz po nim , następny pospieszny z 17.00. Wsiadłam w ten pospieszny. Podróż ze Szczecina do Poznania trwała do 4.30 rano. Potem jeszcze musiałam dojechać do swojego miasta. Zaczęłam się kręcić po dworcu poznańskim żeby dowiedzieć się o jakiś dojazd. Przy tym kręceniu się po peronach tak przez chwile wydawało mi się ,że z megafonu usłyszałam swoje nazwisko , ale uznałam ,że coś mi się przesłyszało. Dowiedziałam się w końcu o pociągu. Stał gdzieś na bocznym torze i miał za chwile ruszać. Pobiegłam , dopadłam składu zziajana i zmęczona , wcisnęłam przez półotwarte drzwi torbę podróżną i sama wcisnęłam się do środka . Byłam tak zmęczona ,że nie miałam sił szukać miejsca siedzącego. Pociąg ruszył dopiero za godzinę. Po chwili zrobiło mi się zimno , bo drzwi po prostu zamarzły i nie dały się zamknąć . Poszukałam jednak miejsca w środku.
Te 50km , które dzieli Poznań od mojego miasta pociąg jechał pięć godzin. Następne pół wlokłam się do domu , choć w normalnych warunkach zajmowało mi to 8 minut. W domu zdjęłam tylko buty i spódnice i tak jak stałam położyłam się spać w łóżku rodziców , obudził mnie ojciec kiedy wrócił z pracy. Jak się potem okazało kartka z informacją kiedy wracam nie doszła, a od dwóch dni na dworcu w Poznaniu nadawano komunikaty w poszukiwaniu Hani L... To moja matka narobiła takiej paniki ,bo jeszcze nie przyjechałam ( choć wstępnie mówiłam już przed wyjazdem, że to będzie piątek), a jej szef – dobrze ustawiony w partyjnych układach , jakoś załatwił te poszukiwania. Personel dworca przejął się sprawą , bo wszyscy byli przekonani ,ze chodzi o mała dziewczynkę . Jakoś zapomniano ich poinformować ,że Hania ma lat 18 a nie 8 . Kartka przyszła w dwa tygodnie później , kiedy śnieg powoli zaczynał topnieć.

środa, 18 lipca 2012

Osiemnastka


1 stycznia obchodzę 18-te urodziny . Zorganizowanie przyjęcia wymusiła na mnie matka , że niby wszyscy teraz robią osiemnastki , to ja też muszę. Nie specjalnie się do tego paliłam , bo nawet nie miałam na nią kogo zaprosić. Jak zwykle zrobiłam to czego ode mnie oczekiwano . W końcu jest na tym przyjęciu Ka , dziewczyna z którą siedzę w ławce, jedna z moich przyjaciółek z LO D ,koleżanka ze szkoły podstawowej i kolega W , który na święta i Nowy Rok przyjechał z seminarium , z przyjacielem , też seminarzystą. Od razu rzuciła mi się w oczy różnica . Kolega W poszedł tam chyba z powodu jakiejś fanaberii , jego przyjaciel z przekonania . Jaki układ ich łączył i czy w ogóle , nie dociekałam. Nie mogę powiedzieć żeby ta impreza była jakoś szczególnie udana .Nie zapisała się w mojej pamięci jako wydarzenie ciekawe czy godne uwagi. Jedyna z niej korzyść , to piękna, ciemnozielona suknia. Zielona , bo w sklepie z materiałami odpowiednie na sukienki materiały były dwa : brązowy i zielony. Leżało na półkach jeszcze całkiem sporo tkanin , ale część letnich w jakiś dziwaczne wzorki i zestawienia kolorystyczne, kilka rodzajów flaneli odpowiednich na piżamy lub robocze koszule , z jeden czy dwa odpowiednie na spódnice lub męskie spodnie i trochę zwykłego płótna . Wybór w dobrach konsumpcyjnych się kurczył z miesiąca na miesiąc , choć pustych półek wciąż jeszcze nie było. Udało się nawet dostać radziecki szampan i nie byle co , bo Tokay . Ojciec dał nam butelkę Szamodny Edes rocznik 1976 jak się później dowiedziałam z książki o kuchni węgierskiej bardzo udany rocznik. Stąd chyba moje zamiłowanie do dobrych win. Zabawę zakończyliśmy jak wspomniałam długim spacerem wśród zasp . Ten czas przełomu pomiędzy dzieciństwem a początkiem dorosłości , ta noc mogły być piękne ,beztroskie i barwne . Gdzieś tam w głębi mnie czaiła się radość i podekscytowanie nowym , skutecznie jednak stłamszona została przez otaczającą mnie nieprzychylną atmosferę jaką stwarzali rodzice oraz moje kompleksy i lęki. Nie po raz pierwszy boleśnie czułam ,że coś mi ucieka . Nie zatarły tego żadne dobre życzenia , ani prezenty czy zielona sukienka...
Prezentów dostałam kilka, min. skórzany portfel, kryształową paterę , kasety i książkę do nauki j.francuskiego i od ojca złoty łańcuszek z serduszkiem , co wtedy wcale w zwyczaju nie było, złotem nie obdarowywało się dzieci ani młodzieży. Portfel i kryształowa patera służyły mi bardzo długo , książka i kasety do nauki francuskiego leżą w biblioteczce do dziś . Kasety zapewne już się do niczego nie dają ze starości , ale książka , kto wie? Może jeszcze kiedyś posłuży?
Krótko po przerwie świątecznej zaczęłam jak i spora cześć uczniów klas III pracę przy spisie powszechnym. Wcześniej na przełomie listopada i grudnia braliśmy udział w szkoleniu . Zarobiliśmy przy tej pracy całkiem przyzwoite pieniądze. Potem we ferie wyjechałam do chrzestnego ,wujka Bronisława aż pod Szczecin, po części żeby towarzyszyć w podróży babci , po części ,żeby douczyć się u niego chemii i biologii , pod okiem ciotki nauczycielki. Ka podjął się pracy przy wykańczaniu bloków mieszkalnych i zamieszkał w hotelu robotniczym. Tęsknimy do siebie . Po powrocie jednak pomiędzy nami jakoś się ochłodziło . Ka zachowuje się dość dziwnie : nie przytula mnie , nie całuje , mało rozmawia. Próbuję się bez skutku dowiedzieć co takiego się stało. Jest mi smutno . Po kilku dniach jednak wszystko jest po staremu. Z czasem przekonam się ,że od czasu do czasu tak ma i należy go wtedy zostawić w spokoju. W trakcie ferii potężna zima daje o sobie znać po raz drugi. Jak wspomniałam , zima anno 1979 nie odpuściła i powtórny atak nastąpił na początku lutego.

środa, 11 lipca 2012

Zima stulecia


 Dni mijały wypełnione nauką , pełnymi czułości spotkaniami z Ka i awanturami w domu. Rzecz tym razem szła o moje studia .
Byłam już w III klasie i powoli musiałam zastanawiać się nad decyzją o dalszej nauce i planach na życie . Jak już wspominałam przez wiele lat swoje plany wiązałam z historią . Cały ten czas ojciec mnie w tym wspierał. Matka może nie wspierała , ale przyjęła w końcu do wiadomości , że myślę o historii i wyglądało na to ,ze zaakceptowała – choć czasami wspominała ,że ona by wolała, żebym poszła na medycynę , albo została nauczycielką . Nooo, tam to się w ogóle nie widziałam. Nauczycielką ? No może – gdybym miała uczyć historii , ale medycyna zdecydowanie odpadała. Ojciec podpowiadał prawo, że to niby blisko historii ,że dobry zawód , ale nie miał nic przeciw temu, żebym wybrała kierunek ściśle historyczny i pracę naukową , choć przekonany o tym ,że znajdę pracę na uczelni lub w jakimś muzeum ,nie był.
I nagle szok. Kiedy już swoje pomysły zaczęłam precyzować i układać nagle oboje podnieśli sprzeciw. Próbowałam bronić moich planów, rodzice za wszelką cenę wybijali mi je z głowy, że niby po co mi te studia , nie będę miała po nich co robić , że nie dam sobie rady i wylecę z nich, przyniosę tylko wstyd rodzinie itp. Kiedy argumenty nie skutkowały , zastąpiły je wyzwiska. Takiej postawy się nie spodziewałam , nie rozumiałam , nie byłam na to przygotowana i nie potrafiłam się bronić. Poddałam się. Trudno powiedzieć co właściwie się stało może już za wiele było złych emocji, może ciągłe skupianie się na zachowywaniu stoickiego spokoju sprawiło,że organizm zmogło zmęczenie dość ,że nie wytrzymałam. Przestałam sobie radzić z nauką. Oceny miałam gorsze nawet z historii i sama z siebie nie byłam już zadowolona. Jak to się stało, że i tym razem nie przyszedł bunt , i że dość szybko udało mi się to załamanie przewalczyć ? Nie wiem . Pewnie jak zawsze . Z pomocą magicznego przekonania , że „muszę”.
Nadal spotykam się z Ka . Pomaga mi trochę w matematyce i fizyce a jednocześnie sam uczy się do matury i przygotowuje pracę maturalną. Nasze roczniki znów załapały się na kolejne edukacyjne eksperymenty . Ten ostatni pozwala maturzystom nie zdawać egzaminów , a wzorem studentów napisać i obronić pracę maturalną.
W domu wojna o moje studia trwa , zbliża się moja „osiemnastka” i zima stulecia,
której grudniowa pogoda wcale nie zapowiada. Załamanie następuje w pierwsze święto Bożego Narodzenia .
Jeszcze w dniu Wigilii anno domini 1978 żadne znaki na niebie i ziemi nie zwiastowały żadnych klęsk ani nadzwyczajnych zdarzeń. Temperatura w okolicy 0 stopni , śnieg z deszczem i chlapa. Wczesnym popołudniem w pierwsze święto mżawka i deszcz zaczęły zmieniać się w lecące z nieba igiełki lodu a temperatura spadać poniżej zera. Jezdnie i chodniki pokryła cieniutka warstwa lodu . To wtedy powstał miejski kawał o pewnym milicjancie z naszej komendy ,który odebrał meldunek: „gołoleć” na E8 , a jako karny służbista rozkaz wykonał; rozebrał się do naga i poleciał . Znałam go osobiście ( chodził razem z matką do wieczorowego liceum i razem z innymi do ojca na douczanie ) i śmiem twierdzić ,że to nie koniecznie musiał być kawał. Ale to tak nawiasem. Siekący lód w zestawieniu z silnym wiatrem nie był przyjemny , toteż nikt na świąteczne spacery się nie wybierał i miasto wydawało się ospałe i wymarłe. Jak podawali wtedy synoptycy , wystąpiło rzadkie w naszym klimacie zjawisko lodowego deszczu. Lodowy deszcz nie przestał padać aż do następnego ranka .
Jak przystało w święta , przykładnie wybrałam się do kościoła , późno bo na 11.30 . Na szczęście nie miałam daleko więc padającym lodowym deszczem specjalnie się nie przejęłam. Tymczasem zanim skończyła się Msza lodowy deszcz zmienił się w zamieć śnieżną. Zamiast lodu leciały teraz z nieba wielkie płatki śniegu a wiatr wiał z ogromną prędkością zrywając ludziom wychodzącym z kościoła czapki i kapelusze z głów . Zrobiło się jeszcze zimniej. Pokonanie kilkuset merów , które miałam z kościoła do domu zajęło mi 20 minut . Widoczność zmalała prawie do zera , a w miejscach nieosłoniętych wiatr przewalał tumany śniegu we wszystkich możliwych kierunkach. To śnieżne szaleństwo trwało do wieczora i późnej nocy. Śnieg nie przestał padać i dnia następnego , a temperatura spadła do – 20 stopni. W szkołach akurat trwała przerwa świąteczna więc niespecjalnie nam to utrudniło życie , ale dotarcie do zakładów pracy zaczęło już być problemem. Na ulicach pojawiły się blisko metrowe zaspy. Nie wiele pomagało odśnieżanie , bo padający śnieg natychmiast wszystko zasypywał a wiatr nawiewał nowe zaspy . Tego dnia moja matka po raz pierwszy od wielu lat nie dojechała do pracy – swoją złość z tego powodu wyładowała na mnie , a jakże. Nie wyjechał żaden autobus , ani pociąg. Ojciec dotarł jakoś pieszo z dużym opóźnieniem , kompletnie zziębnięty i przemoczony. Po paru godzinach jednak wrócił , bo dyrekcja zdecydowała się zamknąć zakład w chwili kiedy wyłączono prąd a tym samym i ogrzewanie. Zamieć trwała nadal , już trzeci dzień . W nocy temperatura znów spadła do prawie -30 stopni ale szalejąca śnieżyca nie ustawała. Na chodnikach rosły kolejne zaspy , zaczęły pękać rury wodociągowe , zamarł w mieście jakikolwiek transport samochodowy , drogi krajowe i linie kolejowe zostały zasypane i zawiane . Na tych ważniejszych pracowały jakieś pługi i spychacze , ale wiele miejscowości zostało odciętych od świata. Nie dojeżdżały do chorych karetki , zaczęły pękać nawet szyny kolejowe. W tv zaczęto mówić o klęsce żywiołowej a do pomocy w odśnieżaniu skierowano
jednostki wojskowe. Zamieć nie ustawała , paraliżując życie w kraju. Nie pamiętam już dokładnie , ale chyba dzień przed Sylwestrem nadano komunikat o odwołaniu zajęć szkolnych , które miały się zacząć drugiego stycznia, a w nowy rok albo zaraz w dniu następnym ogłoszono jednak stan klęski żywiołowej zawieszając pracę wszystkich zakładów i instytucji na tydzień. W tamtych czasach
takie ogłoszenie to było coś niespotykanego i w pewnym sensie niezgodnego z doktryną ; mieliśmy być zwycięzcami – zawsze i we wszystkim , nam nie wolno było nie dać sobie rady , nawet z żywiołami. A poza tym nikt nie przejmował się aż tak jak dziś warunkami życia i pracy, a i ludzie byli chyba wytrzymalsi i mniej wymagający. Z powodu zimna , popękanych rur i braku możliwości dojazdu odwołano wiele zabaw sylwestrowych. 31 grudnia nadal szalała zamieć . W ciągu tych kilku dni ludzie zmuszeni docierać do sklepów i do pracy powykopywali w zaspach tunele . Idąc takim tunelem po chodniku nie widziało się jezdni ani sklepów. Miejscami zaspy sięgały 2,5 m.
Zaproszeni do mnie na osiemnaste urodziny goście : Ka , koleżanka z podstawówki i jeszcze dwie z LO oraz kolega (a zarazem sąsiad) z podstawówki z drugim , który u niego spędzał święta dotarli jednak mimo zawiei. Spóźnieni , przemarznięci i obsypani śniegiem . Impreza jak impreza; trochę muzyki ,kolacja , tańce, radziecki szampan... Nic szczególnego. Około północy wreszcie przestało wiać i padać . Termometr za oknem wskazywał – 33 stopnie . Około 3.00 rano mieliśmy dość zabawy .Postanowiliśmy zrobić sobie spacer , a przy okazji odprowadzić rozchodzących się do domu. Zaczęliśmy od Ka , bo mieszkał najdalej, potem przyszła kolej na koleżankę z LO , potem na drugą , a na końcu wróciliśmy we czworo na swoje podwórko. Koleżanka i kolega z którymi chodziłam do podstawówki , oraz gość kolegi ( obaj alumni niższego seminarium ) mieszkali w bloku obok. Biel, cisza i cudownie rozgwieżdżone niebo . Czego można chcieć więcej ? Nawet 33 stopnie mrozu nie mogły popsuć takiego spaceru! A w perspektywie było jeszcze wolne od szkoły do odwołania ! Sytuacja jednak nie była wesoła. Życie w kraju na kilka dni zamarło. Pracowały służby drogowe i wojsko. Przez tydzień przywrócono jako tako transport. Z dużymi opóźnieniami ale zaczęły kursować autobusy i kolej. Trasa kolejowa , którą matka dojeżdżała do pracy została odcięta całkowicie i na długo. Przywrócono linię do Poznania. Jedna z moich koleżanek z LO wyjechała na święta do rodziny, na południe Wielkopolski . W drodze powrotnej, po 8 godzinach jazdy, wyskakiwała trzymając ciężką podróżną torbę z jadącego , a raczej wlokącego się pociągu , bo ten nie zatrzymał się na stacji , a potem brnęła jakieś 3km do miasta przez ponad metrowe śnieżne pole , zapadając się w zaspy i przewracając ,niby traper idący przez pustynne bareen - jak bohaterowie książek Coorwooda.
Przez najbliższe dwa tygodnie mróz utrzymywał się w okolicach -20 , ale śnieg już nie padał. Stan klęski żywiołowej odwołano, zajęcia w szkołach przywrócono. Zdarzały się jeszcze wyłączenia prądu i awarie rur , odnotowywano też więcej wypadków na drogach ale życie jakoś się toczyło.
W drugiej połowie stycznia podjęłam się pracy jako rachmistrz spisowy , ponieważ w kraju ogłoszono spis powszechny. Zima ani mnie ani moim koleżankom , które też pracowały przy spisie w niczym nie przeszkodziła. Ani niskie temperatury, ani piętrzące się wszędzie zwały śniegu nie psuły nam humoru ani nie odbierały zapału do pracy. Z zadań wywiązałyśmy się przed czasem czyli przed feriami , bo właśnie się zaczynały ferie. Zima postanowiła nie odpuszczać i właśnie w drugim tygodniu ferii przystąpiła do kolejnego ataku .

środa, 4 lipca 2012

Odtąd jesienie będą przynosić cos dobrego - cd.


Po śmierci Papieża Pawła VI , konklawe wybrało na stolicę piotrową następcę . Nie wiele informacji wówczas na ten temat do nas ,żyjących w kraju realnego socjalizmu docierało. Telewizja podała to jako nie wiele znaczącą wzmiankę wśród innych informacji ze świata. Równie lakoniczna i krótka była informacja o jego śmierci , którą usłyszeliśmy po miesiącu . Wiedziałam ,że w związku z tym , za kilka dni w Watykanie odbędzie się konklawe, które wybierze nowego Papieża . Wtedy chyba wszyscy takie rzeczy wiedzieli , choć poza informacjami z ambon innych form przekazu nie było. 18 października 1978 dzień był pogodny i w miarę ciepły. Jesienne słońce wyglądało zza chmur i zachęcało do spaceru . Umówiłam się około 16.00 z moją przyjaciółką D na jakąś łazęge po mieście . Po drodze spotkałyśmy jeszcze M i tak we trzy spacerowałyśmy po ulicach plotkując po babsku i co jakiś czas wpadając na znajomych ze szkoły ,z którymi przystawałyśmy na krótkie pogaduchy. Nie wiem dokładnie, która to była godzina , ale , mogła dochodzić 17.00. Szłyśmy ulicą nazwaną wówczas oficjalnie 22-Lipca ( a funkcjonującą jako Legii Wrzesińskiej )w stronę kościoła Św. Ducha . Nagle zaczęły bić dzwony we wszystkich kościołach . Zdziwione zaczęłyśmy się zastanawiać czy to nie jakieś święto . Ludzie przystawali na ulicy zdziwieni podobnie jak my. Już nam zaczęło świtać ,że to pewnie z powodu konklawe , gdy nagle z ulicy 3 Maja wybiegł kolega z technikum weterynaryjnego , znany nam trochę z działalności teatralnej krzycząc coś głośno. Przebiegł ulicę , przeskoczył przez łańcuch zabezpieczający , klękając na chodniku naprzeciw wejścia do kościoła i przekrzykując bijące dzwony wrzeszczał „Polak ! Polak! Polak! „ Polak został Papieżem! „ Podeszłyśmy do niego , a on dalej wykrzykiwał „Polak Papieżem” . Skąd wiesz ?– spytałyśmy . Z radia ! Pooooolaaak !!! Nie od razu to do nas dotarło , potrzebowałyśmy paru minut, żeby przyswoić sobie tę wiadomość, a potem już we czworo biegliśmy przez miasto informując każdego znajomego jaki nam się nawinął o tej radosnej nowinie. Wpadłam do domu trochę po 17.00 krzycząc od progu o tym co zaszło. Matka tym razem była już w domu. „ A co ty za głupoty wygadujesz , gdzie by tam Wyszyńskiego na Papieża wybrali” - odpowiedziała ; nie uwierzyła mi . Mówię ci, że to prawda, Polaka wybrali i nie Wyszyńskiego, tylko kogoś innego,( nazwiska nawet nie zapamiętałam) włączmy telewizor, na pewno coś powiedzą . Zanim zdążyłam to zrobić , wszedł ojciec potwierdzając moją informację . Telewizja będąca pod butem reżimu podała to w pierwszej chwili tylko jako krótką informację ze świata. Dopiero w najbliższych godzinach i dniach informacji pojawiło się więcej. My młodzi ludzie nie myśleliśmy wówczas - i nie wiem czy w ogóle ktoś w naszym mieście myślał- o następstwach tego wyboru w sensie politycznym . Prowincjonalne miasto w tym i my cieszyliśmy się faktem jako takim. Odtąd jednak dzwony kościelne biły radośniej , a „ Boże coś Polskę „ brzmiało głośniej , jakby ludzie nagle wzięli głębszy oddech. Kilka dni później wzruszeni oglądaliśmy w telewizji transmisję z Watykanu , z inauguracji pontyfikatu Jana Pawła II. Moje „coś mi mówi” podpowiadało mi ,że pokaże wielkość jako człowiek , jako
Polak i jako duchowy przywódca. 

wtorek, 3 lipca 2012

Odtąd jesieie będą przynosić coś dobrego


Powrót do domu trudny. Matka obrażona powitała mnie wyzwiskami i zarzutem ,że babcia nastawia mnie przeciw niej. Ojciec obrażony na nią i już po chwili na mnie. Trudno zgadnąć dlaczego. Na nią zapewne dlatego ,że ośmiela się powiedzieć coś złego na jego matkę , na mnie ,że ,że śmiem przeczyć i stawać przeciw swojej. Kompletny chaos. Moje wakacyjne skarby grzybki i przetwory owocowe pozostają niedocenione , ba nawet niezauważone … No cóż … Nie pierwszy to raz. Porażkę przyjmuję jak zwykle .
Wróciłam półtora tygodnia przed początkiem roku szkolnego . Wiadomo; zawsze przed początkiem roku trzeba się było przygotować , kupić zeszyty, przybory szkolne , podręczniki. Nie ma komórek , sms-ów, meili , żadne z nas nie ma w domu telefonu , a jednak już następnego dnia spotkaliśmy się z Ka w mieście. Ostatnie dni wakacji spędzamy pomiędzy kompletowaniem podręczników, spacerami i wycieczkami rowerowymi . Potem jest jak zwykle ,szkoła , klub filmowy , wycieczki rowerowe , spotkania u mnie... Do domu chłopaka chodzić nie wypada . Mam w nosie wszelkie nakazy i konwenanse – w tym czasie doszłam już do tego, że nie koniecznie muszę zawsze trzymać się zasad , ale ze względu na poglądy wpojone mi przez babcię ten zwyczaj akurat honoruję . Już wtedy postanowiłam sobie solennie ,że nie chcę tkwić w skostnieniu i nie będę się w życiu kierować tym co ludzie powiedzą .
Początek jesieni przyniósł nam oprócz intensywnej nauki i bajecznych kolorów w otoczeniu , pierwsze pocałunki , przytulenia , pieszczoty . Mam wrażenie , że żyję gdzieś pomiędzy światami , a może w jakimś abstrakcyjnie własnym. Z jednej strony koszmarna atmosfera domu rodzinnego , z drugiej podniecające odkrywanie pierwszego uczucia , a także fizycznej bliskości. Obydwoje przeżywamy tę bliskość bardzo silnie, coraz trudniej nam się rozstać a jednak wciąż to nasze zauroczenie pozostaje nie nazwane.
Pewnego październikowego wieczoru robię odkrycie:
KOCHAM KA! Zaliczam kolejną nieprzespaną noc ciesząc się tą myślą, snując marzenia i nabierając pewności , że to już nie jest tylko zauroczenie . Długo jeszcze sobie o tym nie mówimy , ale świat zdecydowanie pięknieje , a czarowny wpływ miłości łagodzi i neutralizuje , to co w moim życiu ciemne i smutne.
Czas jak gdyby nieznacznie przyśpieszył...
A tymczasem nad naszym Krajem przemknął znów cień historii , a czające się wokół zmiany zrobiły krok ku nam – wciąż jeszcze nie wielki , ale zbliżały się nieuchronnie.
Od jakiegoś czasu na razie prawie niezauważalnie zaczęły znikać ze sklepów różne towary. Nie było pustych półek , ale wiele rzeczy trudno było dostać . Pojawiały się tylko od czasu do czasu. Ludzie trochę narzekali, coś kombinowali, coś gdzieś załatwiali i całkiem nie źle sobie radzili. Na razie nikt jeszcze nie odbierał tego jako zapowiedzi późniejszego kryzysu i zmian , które miały nadejść już niedługo.